Sunday, December 26, 2010

Kathmandu

Jedno z trzech największych miast w Nepalu. Stolica. Według wikipedii 6 razy mniejsze niż Wrocław, ale jak przystało na azjatyckie miasto, prawie 2 razy więcej ludzi tam żyje no i oczywiście jest wyżej, jakieś 1,2 km wyżej niż Wrocław. Czyli z waszej perspektywy dalej jestem w chmurach iz wyższością spoglądam na was, hehe. Często porównywane do Indyjskich ale w rzeczywistość nie jest taka straszna, można powiedzieć, że się miło rozczarowałem. Widać wpływy kultury Indyjskiej, taksówkarze, rikszarze zaczepiają Cie tak samo jak w Indiach ale z mniejszym natężeniem. Nie ma tej nachalności i az tak bardzo to nie przeszkadza. Nie trzeba się wyłączać. Oczywiście w miejscach wartych obejrzenia cenniki wyglądają podobnie jak w Indiach. Obcokrajowiec buli a tubylcy mają wstęp za darmo. Cóż. Być może już zaczynam się przyzwyczajać do tych widoków dlatego takiego dużego wrażenia nie zrobiły na mnie palenie zwłok i pozostałości wrzucane do rzeki. Pfii… Nic specjalnego.
DSCF0555
Za to świątynie Buddy sa niesamowite. Wokóło piękne kamienice, wszystko czyste I zadbane. Wstęp na teren też jest tani. Także oczy Buddy jak najbardziej tak. Dodatkowo stało się coś niewiarygodnego. Mnisi buddyjscy zrobili nam wspólne zdjęcie z tatą za DARMO. Jeden rikszasz też widząc mnie chodzącego o kulach zaproponował mi darmową jazdę (wiem, wiem czym to się mogło skończyć – znam ja Ci już te numery) ale jak mu powiedziałem, że nie zapłace ani 1 rupii dalej podtrzymywał swoją oferte.
DSCF0698
DSCF0710
Oprócz Indyjskich wpływów widać tutaj także zachodnie i nie mówie tu o McDonaldach, czy KFC, których w całym Napalu nie ma, tylko o (jeszcze raz musze podkreślić) czystości (w porównaniu do Indii). Nie mogę powiedzieć, że nie ma śmieci, ale w wiekszości przypadków, wszyscy starają sie ją utrzymać w ogół siebie co prowadzi do tego, ze w miejscach gdzie jest dużo sklepów, miejscach typowo turystycznych nie ma walających się śmieci. W całym mieście nie wywąchałem zadnych zapachów uryny. Tak jak to sobie z ojcem dyskutowaliśmy – niewiele wysiłku potrzeba aby pozamiatać koło siebie i utrzymać względną czystość – Nepalczykom się chce i chwała im za to.
DSCF1036
W samym centrum o nazwie “Thamel”, gdzie przeważnie wszyscy turyści sie zatrzymują jest mnóstwo małych uliczek, na których ściśnięte jest tysiące małych sklepów z kolorowymi ubraniami oraz ekwipunkiem trekkingowym. Można tutaj kupić wszystko co potrzebujesz w górach. Oczywiście jak potrzebujesz tragarza, przewodnika czy przelotu samolotem, balonem nad himalajami, także znajdziesz wiele ofert w lokalnych biurach podróży.
Wszystko to wygląda podobnie to wąskich uliczek w Barcelonie, bo gdzie sie nie rozglądniesz nad głowami w kamieniczkach masz smoki, słonie I inne dziwadła. Różnica polega tylko na tym, że nie jest tak zadbane a uliczkami jeżdzą tam małe taksówki, a raczej przeciskają sie pomiędzy przechodniami. W prawie każdym sklepie znajdziesz tu podróbki firmowych ubrań a praktycznie każdy Nepalczyk jest ubrany “markowo”. The North Face nosi tu każdy. hehe
DSCF0913
Ponieważ dalej musiałem używać kuli aby chodzić, byłem wyjątkowym celem na rikszarzy. Myślałem, że nigdy nie użyje tego środka transportu ale aby nie obciążać zbytnio nogi postanowiłem skorzystać w propozycji młodego chłopaka. Dodatkowo był to pierwszy kontakt w moim życiu z analfabetą. Gdy pokazałem mu miejsce na mapie, gdzie chce się dostać, odpowiedział, że musze mu przeczytać nazwę. Czytać nie potrafił ale podstawy angielskiego miał dość dobre – w porównaniu z niektórymi taksówkarzami (w ogóle poziom angielskiego jest tu wysoki w porównaniu z Polska) Po tym nastąpiło ustalenie ceny. 150 rupii, (buhahaha)… 100 rupii (tato!  damy mu te 4 zł, niech chłopak się cieszy)…. 50 rupii.. (widzisz, dalej chłopak schodzi z ceny, jedziemy).

Po szaleńczej jeździe, ma miejscu daje mu 100wkę a on prosi o napiwek. hehehehe….dostał.
Lubie Nepal.

My broken English version:


One of the three largest cities in Nepal. Capital. According to Wikipedia six times smaller than Wroclaw, but it’s still an Asian city so nearly 2 times more people living there and of course, it is higher, about 1.2 km higher than the Wroclaw. So from your perspective I am still in the clouds and the superiority look at you, hehe.Often compared to the Indian but in reality is not that terrible, I can say that I haven’t got disappointed. You can see the Indian influences of culture, taxi drivers, rickshaw drivers bothers you , want to drive you  like in India but with less intensity. Does not have the impudence and so much do not mind. You do not need to turn off. Of course, in touristic places the pricing look like in India. Foreigner pays and the natives have access for free. Well. I’ve already being starting to get used to these views because it hasn’t done a huge impression on me. Burning dead body's and the remains thrown into a river. Pfii ... nothing special.
But the Buddha temples are amazing. Around the beautiful buildings, everything clean and neat. Access to the site is inexpensive. So, The eyes of the Buddha – 3 times  yes! In addition, something incredible happened. Buddhist monks took photo of us (my dad and me) for FREE. One rickshaw also saw me walking with crutches offered me a free ride (I know, I know what this could end up - I know those tricks), but as I told him that i will not pay him he maintained its offer.
In addition to Indian influence can be seen here as the western and I'm not talking about McDonald's or KFC, which throughout Napalu is not just about (once again I must stress), purity (compared to India). I can not say that there is not garbage, but in most cases, everybody is trying to clean around his self usually leads to the fact that in places where a lot of shops, tourist sites typically do not have rubbish. I haven’t also smell any urine in the town. Just as we have discussed with my father - not much effort is needed to swept around each other and maintain the relative purity – Nepalies can be proud about this.
In the center of town called "Thamel, where most all the tourists stop  is a lot of small streets, which is squeezed thousands of small shops with colorful clothes and trekking inventory. Here you can buy everything you need in the mountains. Of course, as you need a porter or a guide trip by plane, hot air balloon over the Himalayas, and you will find many deals in the local travel agencies.
All this looks like the narrow streets of Barcelona, where I do not eyes peeled over the heads of the houses that have dragons, elephants and other oddity. The difference lies in the fact that it is not so neat and on those small streets go taxis (rather a between pedestrians). In almost every store you'll find fake brand clothing and practically everyone is dressed in best brands like The North Face, Nike. hehe
Because I had to continue to use the clutches’, I was decided to use rickshaws. I thought I would never use this type of transport but disabled person have to choose.I accepted the proposal of a young boy.In addition, it was the first person in my life with an illiterate. When I showed him a place on the map where you want to get, he said that I have read his name. Could not read but his English was pretty good - compared to some taxi drivers (in general English level is higher in Nepal comparison with Poland) But first, price. 150 rupees (buhahaha) ... 100 rupees (Dad!, give him this 1 euro, let the boy is happy) .... 50 rupees .. (You see the price still goes down, we're going).
After a crazy drive, we gives him 100 rupees and he asks for a tip. hehehehe .... he has got his tip.
I like Nepal.

Friday, December 24, 2010

Świąteczne pozdrowienia z Nepalu

hehe, poranek, chyba powinienem się umyć, zrobić na bóstwo przed nakręceniem tego filmu...ale
mi się nie chciało
(sorry guys : only in polish)

Thursday, December 16, 2010

Nepalskie busiki

DSCF0437Do tej pory przemieszczałem się, rosyjskim samolotem, indyjskim samochodem, nepalskim i indyjskim autobusem, tym razem drogę z Pokhary do Kathmandu pokonaliśmy minibusem. Około 250km jechaliśmy prawie 7 godzin. Taka podróż uczy pokory. A zaczeło się wszystko na dworcu autobusowym, który w Nepalu jest po prostu miejscem przy głównej drodze, gdzie zbierają się busiki, minibusiki, autobusy. Aby tam trafić, trzeba wiedzieć gdzie to jest, czyli w naszym wypadku zapytać kogoś stąd. 
Wiedząc już gdzie jest to miejsce należy tam się udać oraz podchodzić do każdego pojazdu pytając się gdzie jedzie. Na niektórych są tabliczki w języku Nepalskim ale to Ci nic nie pomoże. Pytać, Pytać i pytać.
DSCF0443iGdy już znajdziesz swojego busika i zajmiesz miejsce zaczyna się czekanie aż cały się wypełni, dopiero wtedy ruszamy w naszą 6 godzinną drogę przez góry.
Niewiarygodne jest ile ludzi może się zmieścić takich busikach. Za każdym razem, gdy chłopaki ładowali kolejną osobę myślałem “więcej już się nie zmieści” a jednak! Zmieściła się następna osoba, i następna osoba, i następna osoba. Gdy trzeba było nawet i stali skuleni (bo wyprostować się nie można – minibusik jest za niski) między siedzącymi.
Ci co byli (lub mieszkają) w South Africa dobrze znają wielkość takich busików. Europejczycy nie znają. Jest to mniej więcej 2 razy mniejsze niż VW T4. W pewnym momencie naliczyłem w moim busiku 18 osób (w tym 2 stojące). Rozpieszczeni Europejczycy, nauczyli się jezdzić tak, że nikt nikogo nie dotyka bo każdy musi respektować prywatną przestrzeń wokół każdego, a kobiety to już szczególnie. Patrz! Ale nie dotykaj.
Moi mili, tutaj nie ma na to miejsca. Wszyscy ściśnięci. Jak siedzi 4 facetów w rzędzie to co drugi nie może oprzeć pleców na siedzenie (przeszkadzają w tym bary facetów, którzy tutaj nie sa bardzo duzi). Gdy sa kobiety, to jest przyjemniej. Wiecej miejsca. Gdy ktoś zaśnie, głowa opada mu na ramiona osoby obok. Gdy to jest kobieta, to przyjemniej, gdy facet to zostawiasz go w spokoju bo I tak wygodniej jest.

W każdym busiku są 2 osoby ekipy. Jeden to kierowca – każdy wie od czego on jest. Drugi to przeważnie młody dzieciak – nie ważny jest wiek, ważne aby był mały I zajmował mało miejsca. Od czego on jest? Co jakiś czas na drodze są budki, w których trzeba zapłacić za przejazd. Aby nie tracić czasu I nie powodować korków, gdy busik dojeżdza do takiego miejsca, zwalnia aby dzieciak mógł wyskoczyć z pojazdu, podbiec do budki, zapłacić za przejazd I wskoczyć ponownie do busika. Druga funkcja to zbieranie podróżnych na drodze I wioskach. W czasie jazdy krzyczy w jakim kierunku jadą, gdy ktoś odpowie to wyskakuje z busika I negocjuje, nie rzadko w tym czasie busik powoli jedzie dalej, lub zmienia miejsce tymczasowego parkowania, gdy blokuje droge innym pojazdom. Czasami też wyskakuje I biegnie to przydrożnego budynku skąd wraca z paczkami, ładuje je na dach (wszystko w czasie jazdy) I zwinnie zeskakuje z dachu prosto do busiku przez otwarte boczne drzwi (wszystko w czasie jazdy). aby pare kilometrów dalej oddać paczki do podobnego budynku.
Dlaczego ludzie korzystaja z mini busików zamiast jezdzić dużymi autobusami?
Bo jest szybciej.
Bo nie ma rozkładów jazdy I nie wiadomo kiedy będzie następny busik,
Czy w ogóle będzie.

My broken english version:

So far we used, the Russian airplane, the Indian car, Nepali and Indian bus, this time we used minibus to get from Pokhara to Kathmandu. It's approximately 250km - It takes about 7 hours. This travel teaches us humility. All began at the bus station, which in Nepal is simply a place on the main road, where buses and mini-buses are gathering. To get there, you need to know where it is, which in our case means, ask some locals people.
When you know where it is You have to ask where each vehicle's goes. On some of them you can see plates but it is in Nepali language so it will not help you. Ask, ask and ask.
Once you find your mini bus and you will take your place you start to wait until all places will be fulfilled, only then bus will go, only then our six hour journey through the mountains begins.
Is incredible how many people can fit in such mini buses. Every time guys loaded the next person into bus I thought "no more people will fit," but ! They fitted next person, and the next person, and the next person. When there was need people even stand between seats 

Those who were (or live) in South Africa are well aware of the size of such mini buses. Europeans do not know. This is roughly 2 times smaller than a VW T4. At one point I counted in my mini bus  18 people (including two who was standing). Spoiled Europeans, learned to ride in conditions that nobody touches anybody because everybody has to respect the private space around each of them, and the women it's especially. Look! But do not touch.
My dears, here is not the case. Everyone crowded. As four guys sitting in a row that every second can not rely on the back seat (the bars interfere and the guys who are here are not very big). When there is a woman in row, it is pleasant - more space! When someone falls asleep, his head falling on yours shoulders. When it is a woman, it is nicer when a man - You leaving him alone because it is more comfortable this way.
In each bus are 2 people crew. One is the driver - any idea what he is doing?. The second is usually a young kid - does not matter what age, his size is important so he can fit between doors and pasangers. What is he doing? From time to time on the road are booths where you have to pay tolls. To save time and avoid traffic jams when bus commute to such a place, the kid jumps out of the vehicle, run to the booth to pay the toll, then jump back to bus (bus is in constant move all the time). The second function is the collection of travelers on the road and villages. On the road he is screaming in what direction they were going, when someone pops up with the answer he negotiate the price, not rare at this time bus slowly going away, or another temporary parking place to do not  block other vehicles. Sometimes it pops up and runs a roadside building, where the returns from with packages, load them onto the roof (all while driving) I nimbly jumps from the roof straight inside the bus through the open side door (all while driving.) so after a few kilometers give back the package to a similar building.
Why do people use the mini busses instead big buses?
Because it is faster.
Because there is no timetable and no one knows when will be the next bus,
Maybe there won't be next bus.

Friday, December 10, 2010

Bierny wypoczynek

Zostałem zmuszony do biernego wypoczynku, w czasie gdy moja zwichnięta kostka się regeneruje i musze powiedzieć, że nie podoba mi sie. Pewnie dla wielu z was to wymarzona sytuacja, ciepło, przyjemnie, tanio, można całymi dniami wylegiwać sie na dachu, opalać, popijać alkohol od rana… ale nie dla mnie! Ja zawsze wypoczywałem czynnie i zawsze gdy byłem zmuszany przez życie do bezczynnego siedzenia po pewnym czasie dostawałem szału. Każda choroba, każdy wypadek, który mnie do tego zmuszał powodował spadek mojego samopoczucia. No..to teraz wiecie co tam u mnie. Hujnia!. hehe
Ale ale nic… za głupote trzeba płacić. Dzięki temu, że nie latam mogę się przyglądnąć jak żyją lokalni ludzie i tak ostatnio usłyszałem muzykę niedaleko, okazało się, że wesele się odbywa…Prawdziwe nepalskie wesele….Popatrzcie:

Od 2 dni nadwyrężam troche nogę i wybieram się do miasta. Taksówką w jedną strone to 100 NPR czyli jakieś 4zł. Na środku jeziora jest mała wysepka. Wysłałem tam ojca sam siedząc z Tybetańczykami, którzy sprzedawali różne różności…oto z czym tato wrócił.

A oto sama swiątynia na wysepce na środku jeziora.

I to by bylo na tyle. Jutro rano wyruszamy do Kathmandu, tam zostaniemy przez 3 dni, pozwiedzamy sobie aż do wtorku, kiedy ojciec odlatuje do Polski a ja. Ja wracam do Pokhary. Mam nadzieje, że po powrocie będę w stanie już latać.

My Poor English Version:


I was forced to passive recreation, while regeneration of my twisted ankle and I must say that I do not like. Probably for many of you it would be a dream situation, warm, nice, cheap, you can lay all day on the roof, sunbathe, drink alcohol all day ... but not for me! I always did active vacation and when i was forced to rest at home after some idle time was getting mad. Every illness, every accident, which forced me to do this caused a decrease in my mood. Well .. now you know how i am. like SHIT! hehe
But ... but I have to pay for stupidity. Thanks, that did not fly, I can look at the lives of local people. Some day i did hear some music, it appeared that the wedding takes place ... Real Nepalese wedding .... Look:

From 2 days I strain little my leg and going to town. A taxi one way it is, some 100 NDP which is 1 euro. In the middle of the lake is a small island. I sent there my father, sitting alone with the Tibetans, who has beed sold various miscellaneous ... this is what my Dad bring back.

And behold the temple itself is on an island in the middle of the lake.

Monday, December 6, 2010

Annapurna view from Hotel Garden

Każdego dnia budzi mnie i usypia ten widok (Mama poprosiła mnie o wiecej zdjęć gór).
Each day this view wakes me up and put me in to sleep (Pictures especially for my Mum)

Kliknij na zdjęcie aby powiekszyć / Clik on pickture to zoom


(Sciagnij ogromna 2.5MB wersje tutaj / download huge 2.5MB version here)

Więcej zdjęc gór / More mountains pictures

Friday, December 3, 2010

Nepal–Pokhara

IMG_0849To już 2 tygodnie mija od kiedy wjechałem do Nepalu, niby siedzę w jednym miejscu, nie to co w Indiach, kiedy praktycznie codziennie byłem w innym miejscu. Tam, juz po kilku dniach chciałem uciekać, tutaj, tutaj mogę posiedzieć dłużej. Nepal, a przynajmniej Pokhara, gdzie jestem ma w sobie wszystko to co najlepsze z Indii a zarazem dużo dobrego z zachodu. Pierwsza, podstawowa zasada jest taka, że “nie trzeba się wyłączać”. Mimo, że biedniejszy kraj od Indii, nie śmierdzi szczynami, nie ma tak dużo śmieci wokoło, budynki bardziej zadbane, pomalowane na kolorowo, ludzie nie nachalni.
Jak się chce, można jeść Indyjskie, Nepalskie jedzenie z ulicy, w restauracjach, jak się ma tego dość, można iść do Włoskiej restauracji na pizzę pieczoną w piecu z salami, albo spagetti, albo schabowego zjeść z knajpie obok. Nikt nie chce cie tutaj oszukać, tak, czasami podadzą cene o 10% wiekszą niż normalnie ale wszystko z uśmiechem na twarzy, ludzie nawet podwieźli mnie do miasta, gdy szedłem z paralotnią na plecach i nie było “one hundret rupies”..tylko uśmiech.

Tutaj dopiero można medytować. Spokój, no I te widoki, codziennie rano witają Cie Himalaje, które są na wyciągnięcie ręki. Pokhara jest jednym z 3 większych miast w Nepalu, utrzymują się z turystyki, jest tu na potęgę europejczyków, których już trochę tu poznałem i mogę wstępnie zakwalifikować do trzech grup. Pierwsza grupa przyjeżdża tutaj pochodzić po górach, w mieście zasiadają na parę dni, odpocząć, zorganizować przewodnika, tragarza i takie tam sprawy. druga grupa to paralotniarze, którzy codziennie całymi dniami okupują górę Sarangkot, skąd rozlatują się przy dobrych warunkach w różne strony, trzecia grupa to obiboki, leserzy, który nic nie robią, siedzą, piją herbatę, palą fajki i inne rzeczy. Przeważnie wracają po pół roku na chwilę do Europy, zarobić trochę kasy i ponownie do Nepalu aby…. nic nie robić.
DSCF9384
Cóż. Dla mnie raj, ponieważ należę do tych trzech grup jednocześnie. Na razie latałem, te około 10 dni przeminęły szybciutko aż pewnego dnia, wszechświat znowu postanowił przypomnieć mi gdzie raki zimują. Są to znaki, które człowiek często olewa a później okazują się niesamowicie wyraźne. Pamiętam ostatnią zimę, gdy na stoku zgubiłem całodniowy karnet narciarski, po pierwszym zjeździe. Później jeszcze wiele ich było aż na ostatnim zjeździe skręciłem sobie kolano….Miesiąc utykania…. Tym razem, pierwszy lot był słaby także, dodatkowo przewiało mi nogi, bo buty mam ala sandały, z dziurami, gdy wylądowałem pomyślałem, że trzeba by jechać do domu, zmienić buty na cieplejsze ale…piękny dzień, szkoda dnia, przemęczę się i wjechaliśmy na gorę ponownie. Gdy znalazłem się na startowisku nikogo tam nie było, niebo też czyste. Raj, nie trzeba uważać na 20 pozostałych lataczy w niebie. Nie ma na co czekać, przygotowujemy się szybciutko do startu….raz dwa trzy, hop…..i dupa. Nieudany start, kostka skręcona. (Nie będę tu zanudzał szczegółami technicznymi, mój błąd, moja głupota, mam za swoje).
Następnego dnia odwiedziłem szpital, gdzie zrobili mi prześwietlenie aby się upewnić, że to tylko skręcenie jest, bez żadnych złamań, no i jestem…trzeci dzień w łóżku, leże, czytam książki i czekam aż mi opuchlizna zejdzie, aż będę mógł chodzić, aż będę mógł latać. Lekarz powiedział 2 tygodnie, ale ja mam nadzieje ze po tygodniu przynajmniej będę mógł powoli spacerować, pójść się napić do knajpy.
all

My poor English version:


It's two weeks passed since I drove to Nepal. I'm sitting in one place, not like in India, when practically every day I was in another place. There, after a few days I wanted to run away, here, here I'm gonna stay longer. Nepal, Pokhara where I am right now has all the best from India culture and also a lot of good from the west culture. First, the basic principle is that "you do not need to turn your off. " Although the poorer the country from India, it doesn't stinks urine (like in India), there is no much rubbish around (comparing to India),  better maintained buildings, more colorful, cleaner, people do not impudent.
If you want, you can eat Indian food, Nepali food from the street, in restaurants, If you want, you can go to Italian restaurants for pizza baked in the oven with salami, or spaghetti, or have a steak from the pub next door. Nobody wants to cheat you here, yes, sometimes you'll get 10% higher prices but everything with a smile on your face (when you tell them that it's too expensive), people even gave me free lift to the city where I was going with a paraglider on my back and there was no "one hundret rupies" .. but just smile .
Here you can meditate. Calm, and those views, every morning you greet the Himalayas montains, which are so so close. Pokhara is one of the three major cities in Nepal, a lots of peoples lives here from tourism, there's a lot of Europeans. After while I can pre-qualify people here for the three groups. The first group come here to hicking the mountains, they sit here for a few days, relax, arrange a guide, porter and all that matters. The second group are paragliders, who every day all day occupy the Sarangkot montain, and flying all around in good whether conditions, the third group are people which do nothing here, just sit, drink tea, smoke cigarets, and other things. Mostly they return after half a year to Europe for a while, earn some money and return to Nepal to ....to do nothing!
Well. For me, here is paradise, because I belong to these three groups simultaneously. For now, I flew, 10 days passed very fast until one day, the universe once again decided to remind me where the crabs hibernate. These are signs that people often smack and after incident it's  becoming to be extremely clear. I remember last winter when I lost on the slopes 'all day pass', after the first downhill ride. Later, many of them were still up. On the last downhill I twisted my knee .... ... Month of limp. This time, the first flight was weak and, in addition i was cold in my legs because I have sandals shoes with holes, when I landed I thought it would have to go home, change the shoes for warmer but ... it's so beautiful day, and drove to the top again. When I found myself on take off place nobody was there, the sky was also clean. Heaven, you do not need to watch out for the 20 other paragliders in sky. There is nothing to wait for, hastily preparing to take off .... One two three, hop ... .. and ass!. False start, twisted ankle. (I will not bore you the technical details, my fault, my stupidity, I have for her).
The next day I visited the hospital where I did an X-ray to make sure it's just a sprain not fracture, so I'm ... the third day in a bed, lair, read books and wait for my swelling go down until I could walk, until I could fly. The doctor said two weeks, but I have hope that after a week at least I can walk slowly, go to the pub for a drink.

Saturday, November 27, 2010

Droga do Nepalu (filmy)

Po kilku dniach ładowania filmów oto trzy z nich, pierwszy pokazujacy zazdę Indyjskim autobusem, drugi i trzeci już w Nepalu. / After few days of uploading movies here you have tree of them, First shows you Indian bus, rest of them are in Nepal. Enjoy.

Friday, November 26, 2010

Varanasi


I've got so much to show you...so much pictures and movies... but internet is so slow here that each move upload take hours, hours and hours...

Monday, November 22, 2010

Indie–kiedyś musiało być fajnie

IMG_0698

To już ostatni wpis podsumowujący Indie. Jak już zauważyliście jestem na nie, ale trzeba postawić tą kropkę nad "i" i opowiedzieć o architekturze. Ludzie mówili mi, wyłącz się, nie zauważaj jak to wygląda teraz, wyobraź sobie jak to musiało wyglądać dawno temu a poczujesz magie Indii.

Muszę powiedzieć, że Taż Mahal mnie nie zawiódł, imponująca budowla zapierająca dech w piersiach, zupelnie coś innego niż europejskie budowle. Na tle nieba, bez zadnego towarzystwa, zbudowana po to aby być podziwiana. Wielka atrakcja Indii. Cóż, dla samego Tadż Mahala warto było odwiedzić Indie.

 

IMG_0558

Albo Amber Fort, (tutaj lepsze zdjęcia), siedziba macharażdzy. Piękna rzecz, zbudowana z rozmachem, z wykorzystaniem tylko najlepszego budulca jakiego dało się zdobyć, sprowadzane z całego świata. Pomyśleć jak to musiało wyglądać dawniej…

IMG_0395

Albo Jairpur, różowe miasto. Piękna architektura wokoło, powyżej, a na ziemi, brud, smród i Hindus.

Może jestem uprzedzony, może zwyczajnie nie umie się “wyłączyć” ale dla mnie całość jest ważna. To co widze w Indiach to “pięknie i bogato BYŁO, syfiasto JEST TERAZ. Mogę to tylko porównać do zniszczonych kamienić we Wrocławiu. Raczej nikomu w Indiach nie poleciłbym podróży przez pół świata aby zobaczyć jak pięknie było, poleciłbym aby zobaczyli rynek, gdzie wszystko jest wyremontowane, czyste, zadbane.

Koniec na temat Indii.. Nastepne posty już o Nepalu gdzie jestem I zamierzam posiedzieć długo.

English Version: This is last post about India, sorry guys, I needed to write all before I’ll lost, now. I’m gonna translate all that post in English, and then, next post will be about Nepal , where I am right now.

Saturday, November 20, 2010

Indie–ludzie

Siedzę sobie w małej przyjemnej restauracji przy naszym hotelu w Nepalu czekając na śniadanie i postanowiłem napisać małe podsumowanie naszej wycieczki po Indiach. Muszę tutaj zaznaczyć, że jest to moja subiektywna opinia powstała na podstawie naszej wizyty w Delhi, Ambra, Jairpur, Agra i Varanasi. Jednakże niewiarygodnie spójna z opinią  mojego ojca oraz poznanych 3 podróżników oraz co najmniej kilku ludzi z Europy siedzących tutaj w Pokharze/Nepalu. W ręką na sercu trzeba też przyznać, że poznałem parkę z Hiszpanii, która była zachwycona Indiami, tak jak i “moje dziewczyny” z Polski.
DSCF6168Ludzie. Hindusi. Z określeniem “brudasy” spotkałem się już bardzo dawno temu. Wchodziło do do mojej głowy jednym uchem, wychodziło drugim z dopiskiem “przesada”. Po tym co widziałem, czego doświadczyłem muszę się całkowicie zgodzić z tym określeniem. Nie chodzi tu o tyle, że śmierdzą, ale co robią w około siebie. Do tej pory myślałem, że każdy człowiek dąży do tego aby żył w otoczeniu czystości, braku smrodu, że nawet jeżeli wyrzuci jakiś śmieć to chociaż najpierw rozglądnie się czy nie ma w pobliżu kosza na śmieci, zanim się wysika pod chmurką, to poszuka kibla albo DSCF6169chociaż miejsca oddalonego od ludzi. Hindusi tego czegoś nie maja. Leja gdzie popadnie. Byłem światkiem jak na wielkim rondzie panowie stawali samochodami, podchodzili pod murek , zrobili swoje i wsiadali ponownie do samochodu, nie zwracali uwagi na przechodniów czy ludzi stojących obok. Śmiecia natomiast należy sie pozbyć jak najszybciej aby przypadkiem nie przykleił się do rączki, najlepiej ostentacyjnie rzucić za siebie. Hehe. Misiek ma sklepik, serwuje jedzenie, picie, jakieś przekąski. Wydawało by się, że jak człowiek spędza większość dnia w tym miejscu to nie przejdzie na drugą strone ulicy i nie wyleje się ani nie wyrzuci śmieci metr od swojego sklepu. Błąd! To się dzieje. Tak się zachowują. I jak takich ludzi określić?
Druga sprawa to jakaś niesamowita siła wyższa przekonała ich, że turysta to studnia pieniędzy bez dna, krowa, która jak nie wydoisz to będzie się źle czuła i nikt i nic ich nie przekona że tak nie jest. Na każdym kroku chcą cie wydymać, wykorzystać i nie ma to nic wspólnego z targowaniem się.
DSCF6046Rikszarze ustalają cenę a na koniec zmieniają ją i wykłócają, nie rzadko angażując w to innych kolegów hindusów. Stąd pewnie na lotnisku w Delhi powstały taksówki prepaid, gdzie płacisz w okienku a taksiarz nie dostaje nic. Nic, w sensie – zawsze należy się napiwek, lepsza usługa, większy napiwek, nie dobra usługa, zerowy napiwek... hehe, nie, nie, nie zerowy, mniejszy napiwek. Gdy Pan Hindus uważa, że wykonał lepszą usługę robi wielkie oczy i trzyma rączkę dalej.
W pewnej restauracji zamówiliśmy obiad dla dwóch osób na łączna kwotę mniej więcej 500 rupi (co i tak jest drogo jak na warunki, w których byliśmy). Kelner – hindus pyta się grzecznie czy nie chcemy czegoś do picia, np. piwo. No pewnie, że chcemy, ale pierwsze pytanie zawsze musi być “a ile kosztuje?” Poważny Hindus odpowiada: 400 rupi. Patrzę się na niego i sam nie wierze co słyszę. (to jest jakieś 25 zł) Po chwili gdy zdołałem ochłonąć podziękowałem za tą przyjemność na co zdziwiony kelner pyta się “czy uważa Pan, że to jest drogo?” z pełną powagą i przekonaniem, że to jest tanio. Musze przyznać, mają tupet.
“Porter” na dworcu w Indiach, przeważnie młody człowiek z blaszaną odznakąDSCF5332 przywiązaną sznurkiem przez ramie (biceps), przeważnie w czerwonej koszuli. Zaczepia cię przed dworcem. Pomoże Ci. Pytanie klucz, zamiast dzień dobry – Namaste – Za ile?. 100 rupi (6zł). Pytasz się, jak mi pomoże? Jaką usługę dostane w zamian? Cisza. Hinduski bełkot. Czy mówisz po angielsku? Ale odpowiedz mówi sama za siebie. Nie mówi. Ale “one hundret rupis” zna, i powtarza jak mantrę. Poterman, Help. No dobra... niech mu będzie, bierzemy chłopaka. Zakłada plecak, patrzy się na nasz bilet w większości wypełniony szlaczkami hinduskimi i idziemy na odpowiedni peron i tor. Tam (czyli po jakieś 25m) wypowiada następną wyuczoną formułkę “stay here” i wyciąga rączkę, hehehe... Nie, nie, nie. Zapłacę jak już będziemy w odpowiednim pociągu, na odpowiednim miejscu. Zniechęcony człowieczek bulgocze coś i znika. Ale wróci!. Pięć minut przed przyjazdem pociągu pojawia się ponownie, widzę, że przyprowadził sobie następnych turystów. Czekają na niego, czekają z bagażami. Pociąg podjeżdża. Mistrz bełkocze, widzę, że chce abym ja swoje bagaże wtargał do pociągu bo on ma do przeniesienia bagaże turystów obok. Uśmiecham się i kręcę głową. Nie, nie, nie. Pociąg staje i zaczyna się jazda. Chłopak bierze bagaże naszych białych turystów, biegnie, znika w pociągu, po chwili wypada z niego i biegnie z naszymi bagażami do wagonu obok, pokazuje nam miejsca i zadowolony z uśmieszkiem wyciąga rączkę. Dostaje umówione 100 rupii.  Czeka dalej, widać niezadowolony. Napracował się chłopak....
Hindusi takiego zachowania uczą się od małego, w turystycznych miejscach maluchy ganiają i cały dzień zaczepiają białych i chcą im sprzedać jakieś drobne, małe pamiątki. Jak mantrę powtarzają one hundet rupis, one hundet rupis, one hundet rupis, buy, buy, buy. Chodzą za tobą i nie dociera do nich nic. Myślisz sobie nawet, “udam, że ich nie widzę”. Hehe. Głupi europejski turysto. Nie takie numery oni widzieli. Nic nie pomaga. Myślisz sobie. Dobra. Użyjmy drastycznych metod, krzyczysz “SPIEEEERDALAAAJ!” a on? Patrzy się, otwiera szeroko oczy...chwila ciszy i.... one hundret rupis, buy, buy....buy.
Myślę jednak, że najgorszą zgnilizną jest to, że administracja kraju, rząd czy kto tam jeszcze także pokazuje im, że turysta to bogacz, którego trzeba naciągać. Do wszystkich (no dobra... prawie wszystkich) miejsc, gdzie trzeba zapłacić za wstęp masz osobne ceny dla hindusów, osobne dla obcokrajowców. I tak. Hindus 10 rupii, Biały 200 rupii, Hindus 10 rupii, Biały 250 rupii, Hindus 10 rupi, Biały 750 rupii (Tadż Mahal).
Jednak w tym motłochu można znaleźć jednostki bardzo miłe, fajne i ciekawe. Oto student szkoły muzycznej, gry na bębnach, który codziennie wraca na wieś do domu rodziców pomagać im, oraz drugi, lalkarz, ojciec 2 dzieci, oboje po 21,23 lata. Codziennie wieczorem w hotelu rozkładają mała scenę i czekają na ludzi aby rozpocząć przedstawienie. Słowo klucz “Za ile?” . Ile chcesz, tyle dasz – odpowiedź. Ale my już znamy te numery, prawda? Nie dzisiaj, jutro... mimo wszystko gadamy, spędzamy wieczór miło. Następnego dnia dwie amerykanki siadają ostentacyjnie na 2 przygotowanych krzesłach i czekają na przedstawienie. Dołączam się. Zbiera sie tłumek. Zaczynają.....kończą. Tłumek się rozchodzi. Panowie zostają bez niczego, amerykanki targują sie o cenę lalki ale widać, że chyba nic z tego nie będzie. Tak. Benek im z przyjemnością dał 200 rupii. Mili, nie nachalni, cisi....



My poor English version:


I'm sitting in a small nice restaurant near our hotel in Nepal waiting for breakfast and decided to write a short summary of our trip to India. I must note here that this is my subjective opinion is based on our visit to Delhi, Ambra, Jairpur, Agra and Varanasi. However, the incredibly consistent with the opinion of my father, three travelers got known during our trip and at least a few people from Europe which we met  here in Pokhara / Nepal. But i must also admit that I met a pair from Spain, who was delighted of India, as well as "my girls" from the Polish.
People. Indians. I met long ago the term "sloven". It entranced to my head with one ear, came out second with a note "exaggeration". Well, After what I saw,  what I have experienced I have to completely agree with this definition. It doesn't mean that their stink, but what they're doing around them self. Until now I thought that every person wants to live in a clean environment, lack of bad smells, and even if he trow some piece of junk, first he  look around himself, try to find trash bin nearby, before he piss under a cloud, he will try to find toiler or even place away from the people. Indiansdo not have that thing. They piss everywhere!!! I was a witness on the big roundabout, gentlemen got out from his car, went to the wall, piss and then got back to car, He didn'tpay attention to pedestrians or people standing next to it. Rubbish/Trashes you should get rid of as soon as possible because it can stuck to your hand, preferably would be if you ostentatiously throw it back. Hehe. One man has a shop and serves food, drinks, some snacks. It would seem that when a person spends most of the day in this place he will not getting to the other side street and did not piss, he will not  throw trash/garbage one meter from his shop.  Wrong! In India it happens. So behave. So, how we can discribe this kinds of people?


The second issue is an incredible force which convinced them that the tourist is a bottomless well of money, a cow, which, gives you as much milk as you want and nothing can convince them that it is not true. At every step they want to fuck you out, use, and it has nothing to do with bargaining.
Rickshaw men agree price but at the end of he change the price and argue, often involving the other fellow Indians in. Probably because osf that at the airport in Delhi their created a prepaid taxi, where you pay in the window and taxi man  not get any cash to hand. Nothing, in the sense - he get always a tip, better service, higher gratuity/tip, not good service, zero tip ... hehe, no, no, no zero, a smaller tip. When the Mister Indian feels that he had done a better service he makes a big eye and keeps his hand still on.
At one of restaurant we ordered a dinner for two persons. The total amount was more and less 500 Rs (which is expensive considering the conditions in which we were). Waiter - Indian asks politely if we do not want something to drink, such as beer. Well, of course, that we want, but the first question must always be "how much?" Serious Indian told us: 400 Rs. I look at him and i did not believe what I hear. (That is, about 8$) After a while when I was able to recover I thanked for the beer but waiter asked, "do you think that it's expensive?" With complete seriousness and conviction that it is cheap. I must admit, have a lot of nerve.
"Porter" at the station in India, mostly young man with a tin badge attached to his frame (biceps), mostly in the red shirt. Grabs you from the station. It will help you. The key question, instead of good morning - Namaste - How much?. Rs 100 (2$). You ask how he will help me? What kind of service I get in return? Silence. Indian gibberising. Do you speak English? But the answer speaks for itself. He does not speak. But "one hundret rupis" he knows, and repeats like a mantra. "Poterman, Help. Okay?" ... let it be, i take the boy. He takes my backpack, looking at our ticket and go to the appropriate platform and track. After some 25m  speaks next adapted formula "stay here" and pulls out his hand for the money, hehehe ... No, no, no. I'll pay as we will be in good train, at the right place. Disheartened man gurgles something and disappears. But he will come back!. Five minutes before the arrival of the train appears again, I see you brought with him also another travelers with luggages. The train pulls up. Porterman babbling, I see that he want to take their luggage and force me to take my on my back. I smile to him. No, no, no! The train stops. He takes in the rush bags of other tourists, runs, disappears on a train and after a while is out again. he runs with our luggage to our coach , showing us the place. Finally he smiles pulls the hand. Money. I give him 100 rupees. He still wait, you see his unhappness. 
Indians learn this behavior from the small boy, from the beggining, in tourist areas small Indians chasing white turists all day long and they want sell them some small, small souvenirs. They repeat the mantra "one hundet rupis, one hundet rupis, one hundet rupis, buy, buy, buy". They follow you and it doesn't reach to them, that you don't want to buy. You think to yourself,  "I'll pretend that can't see them" Hehe. European Visitor  - stupid man!. This doesn't work on Indian's kids. Nothing helps. You think to yourself. Okay. Let us use drastic methods, you scream, "FUCK OFF!" And he? He looks up to you, opens his eyes wide, moment of silence ... and. ... "one hundret rupis, buy, buy .... buy".
However, I think the worst is that the administration of the country, the government also shows them that the tourist is a rich man, who must be used. For all (well ... almost all) places where you have to pay an entrance fee you have separate prices for the Indians and foreigners. And so. For Indians - 10 rupees, White  - 200 rupees, Indians - 10 rupees, White - 250 rupees, Indians 10 rupees, White, 750 rupees (entrance to Taj Mahal).
However, in this mob can be found a very nice units, nice and interesting. Here is a music school student, playing the drums, which returns to the village every day to help his parents, and second, a puppeteer, the father of two children, both are 21, 23 years. Every evening at the roof of hotel they create the little scene and wait for people to start the show. Key word, "How much?". You will give as much you want - the answer. But we already know those tricks, right? Not today, my man, tomorrow ... but after all, we talk, we spend the evening nicely. We play together on the drums. The next day, two American women sit ostensibly on two chairs which was ready for audience and the show has started. I join. Crowd get  gathers. They start, they finish ...... Crowd goes out. Gentlemen stays, says nothing, but noone give them nothing, American woman haggle on the price of the doll but I can see that probably nothing will come of it. Yes. Ben gives them 200 rupees with happyness. Nice, not impudent, silent Indians....I like them

Pokhara - Nepal - Pierwsze latanie

Witam.... posty niechrologicznie zamieszczam (do Indii jeszcze wróce) ale nie mogłem się powstrzymać, dzisiaj był mój pierwszy dzień latania w Nepalu. Było suuper :-) Oto mój lot:

Hello, my post are non-chronologically (i will come back to India in next post) but i couldn't keep from posting this, today was first flying day in Nepal...It was super fantastic nice :P Here is my flight:

Thursday, November 18, 2010

New Delhi

DSCF5036New Delhi. Miasto jak ta kobra do której gra hindus. Wchodząc do niego zaczynasz niebezpieczną gre, grę o przeżycie, na początku jesteś przerażony, to jest takie pogrywanie z wężem, który w każdej chwili może cie dziabnąć. Nie będziesz uważał – stracisz bagaż, pieniądze, może i życie? Każdy chce cie wykiwać i zarobić niebotyczne kwoty a jak jesteś biały to w ogóle, chodząca skarbonka – studnia bez dna, krowa, która można doić bez końca.
Po pewnym czasie jednak zaczynasz zauważać, że ta kobra to raczej Cie nie dziabnie, bo hindus pewnie zęby jej wyrwał czy inną sztuczkę zastosował, że pewnie naćpana jak większość tego wielkiego miasta. Jak wiesz gdzie iść, co ile kosztuje, czego unikać sprawa nabiera zupełnie innych kolorów. Zaczynasz przekonywać się do straganów z jedzeniem a nie drogich restauracji...
DSCF4901Wszystkie miasta w których byłem do tej pory miały zupełnie inny charakter, nawet te afrykańskie, były dzielnice ubogie, brudne, śmierdzące z rozwalającymi sie budynkami ale także dzielnice bogate, gdzie z przyjemnością można było się przejść. Delhi jest jeden wielki plac budowy, gdzie przez 10 metrów widzisz budynki rozpadające się, bez ścian, jak po wojnie a gdzie niegdzie jakaś (nazwijmy to) pląba – budynek pięknie wyremontowany, zachęcający do wejścia. Między budynkami pajęczyna kabli – prąd? telefony? coś jeszcze? trudno powiedzieć.
DSCF4910
Sklepy, chciałoby się pójść do jakiegoś supermarketu czy mini-marketu gdzie tanio nakupisz sobie jedzenia i picia... hmm. Długo w Delhi nie byłem ale raczej tego nie ma. Są tylko wszędzie maleńkie sklepiki, przepraszam, wnęki bez przedniej ściany gdzie siedzą hindusi i oferują produkty spożywcze jak i wszystkie inne. Wszystko upchane, schowane także nie zobaczysz co możesz kupić, masz potrzebę, podchodzisz i pytasz się czy maja... no i za ile mają.
Smog otaczający całe miasto ogranicza widoczność, nie pozwala się przebić do końca promieni słonecznym, powoduje, że po pewnym czasie w nosie masz czarny osad. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem tego i możecie tylko sobie wyobrazić jak bardzo chciałem zobaczyć niebieskie niebo z chmurami. Wyjeżdżając z miasta czekałem z utęsknieniem. 10km, 20km, 50km, 100km. Uff... W końcu go już nie ma.

My poor English version:


New Delhi. City as the cobra to which Indian played in last movie. When you go in then youstart a dangerous game, a game of survival, at the beginning you're scared, it is like play with the snake, which may hit you at any time. If you won't watch out - you will lose your luggage, money and maybe your life? Everyone wants cheat you, earn exorbitant amounts of money and if you're white, you are like cow which gives free milk for everyone.

After a while you start to notice that the cobra won't hit you because Indian probably broke her teeth and applied a different trick and snake is stoned, like most of this great city. If you know where to go, prices, what you should avoid, the city changes his colors. You start to convince to food at the stalls...
All cities in which I have beed had a completely different character, even those African citys had  poor, dirty districts but also the rich ones where you can walk with pleasure. But Delhi is one big construction site, where you can see the crumbling buildings, no walls, and after that a beautifully renovated building (in most cases some hotel). Electrict wires all over the place like a spider web between the buildings - electricity? phones? anything else? hard to say.
Stores. You would like to go to a supermarket or mini-mall where you buy cheap food and drink ... hmm. I wasn't long time in Delhi but i have to say FORGET IT, there is no such stores. They are everywhere, small shops, sorry no shops, something without front wall where Indian sits and offer food as well as all the others stuff. All stuffed, hidden, you won't see, you have to ask for it... , and of corse magic question: how much?

Smog surrounds the entire city, it limits visibility, Solar rays cannot get through. After some time in your nose you have black precipitate. For the first time in my life I experienced this and you can only imagine how much I wanted to see the blue sky with clouds. I've got out of town, waited for sky... 10km, 20km, 50km, 100km. ... Finally, Smog disapeared.

Ruch drogowy

DSCF4957
Siedzę właśnie w wspaniałej konstrukcji firmy TATA, samochodzie wielkości Matiza i jadę z Jaipur do Agry autostradą Indyjską. Jest niedziela i ruchu specjalnie nie ma co wpływa bardzo pozytywnie na moją psychikę europejczyka. Pokonywanie tej trasy teraz wygląda bardziej zniżone do Europejskiego standardu. Dwa dni temu gdy jechałem z Delhi do Jaipur wyglądało to zupełnie inaczej. Pokonanie około 250 km trwało jakieś 5 godzin. Najpierw trzeba było wyjechać ze stolicy gdzie wpadliśmy na poranne korki. Na ulicach 4 pasmowych robią się jakoś magicznie 9 pasów i wszyscy się przeciskają jak tylko mogą. Mogę to porównać tylko do tłumu przechodniów, tylko, że manewrowanie autami, motorami, ciężarówkami o wiele trudniejsze od chodzenia i omijania przeszkód czy innych przechodni. Reguł gry na ulicach brak, im więcej masz odwagi tym szybciej się przebijesz przez krzyżówkę. Normalnym zachowaniem jest tu także jazda pod prąd lub cofanie na rondach. Przejechałeś zjazd? Nic nie szkodzi, zatrzymujesz sie, włączasz wsteczny i ruszasz do tyłu. Wyjeżdżasz z drogi podporządkowanej ale skrzyżowanie na którym musisz zawrócić jest za daleko? Nic nie szkodzi, wbijasz się pod prąd. Myślisz sobie, dobra...to tylko w miastach, tam ludzie wolniej jeżdżą ale nie! Na autostradzie też jest to normalne i często stosowane przez motory, samochody, krowy, wielbłądy zaprzęgnięte w wozy. 

DSCF5381
Sławne trąbienie jest tu bardzo pomocne, informuje innych o tym, że TO JA, JADE, UWAŻAJ. Zauważyłem, że mój kierowca, gdy chce zmienić pas powoli przytula się do strony i czeka na reakcje, jak nie usłyszy przeraźliwego sygnału to dalej powoli skręca, gdy usłyszy nie odbija w drugą stronę, nie, nie, po prostu przestaje skręcać i czeka na reakcje. Ciężarowe samochody, pomalowane w najróżniejsze kolory z tylu zazwyczaj mają napisy “BLOW HORN”, “PLEASE HORN”, “HORN AND WAIT ON THE SIDE”, “USE DIPPER AT NIGHT”. Kierunkowskazy praktycznie nie są używane, niektóry kierowcy, zwłaszcza wielkich samochodów czasami pokazują ręką, że chcą skręcić w prawo (a co gdy chcą w lewo? Przecież ręki im nie starczy!). Myślisz, że trąbienie to zwykłe “bip” ? No co ty... tutaj ludzie instalują sobie najróżniejsze melodyjki rozbrzmiewające dookoła Ciebie.

IMG_0646
Cała ta sytuacja nasuwa poważne pytanie. Co jest lepsze? Europejskie przestrzeganie przepisów ruchu drogowego, czy wolność i klakson indyjski? Który sposób by powodował mniejsze korki w miastach? Póki się tego nie sprawdzi chyba nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Inna sprawa to, gdzie tu jest policja drogowa, co ona robi? Czy w ogóle istnieje?



My poor English version:


I'm just sitting in one of those small small car made by TATA and i'm going from Jaipur to Agra by Indian highway. It is Sunday so there is no special traffic which make me feel better. Today driving is closer to European standard. Two days ago when i was going from Delhi to Jaipur it looked totally different. To drive 250 km last about 5 hours. First, we should drive out from town where we meet morning traffic . Streets with 4 lines by some magic power became 9 lines and everybody tried to squeeze as they only can. I can compare it to crowd passersby but car maneuvering is much much more difficult than body. There is no rules on roads, the more courage you have, the faster you go through crossroad. Normal behavior here is drive against the stream or move back on round-abound. You miss the exit? No problem, you stop, put reverse gear and move back!. You need to go back (make a U-turn) and next crossroad is too far, no problem, you can do U-turn on the road and drive again the stream! You may think, ok. I can happen in town where everybody drive slower but no no. On the highway it is also normal. You can see often motorbikes, cars, cows, camels dragging chariots     

Famous horns is very helpful here. It informs everyone IT'S ME, I'M COMING, WATCH OUT. I noticed that our driver, when he want to change line, he turn a little to the side and wait, if he haven't hear terrific horn then he continue to change line, if he hear he haven't back to his line, no, no, no, he just stop changing and wait for reaction, wait what will happen. All trucks are colored and have signs like  “BLOW HORN”, “PLEASE HORN”, “HORN AND WAIT ON THE SIDE”, “USE DIPPER AT NIGHT”. Indicators are practically not used here, some of drivers use hands to indicate that they want to turn or change line (it's ok, if their want to change to left but what if their want to change to right ? Hand will be too short)

That situations make me thinking, what is better? European road rules or freedom and horn in India? Which way generates less traffic jams. Well...if we won't check this then we never know.

Saturday, November 13, 2010

tada,tada,tada,taaada

Od New Delhi - Videos
Dla niewtajemniczonych, aby zobaczyć film należy kliknąć na zdjęcie.

English: Just in case: If you want to see movie, click on the picture.

Friday, November 12, 2010

Pierwszy raz w Indiach

Jest godzina 1:20 w nocy a ja nie mogę spać. Tak zwany jet-lag trzyma mnie w najlepsze. Postanowiłem zatem opisać mój pierwszy dzień w Indiach.
Przed wyjazdem, każdy mi mówił, “tylko nie zdradzaj nikomu, że jesteś pierwszy raz w Indiach”. Cóż. Powiem tak, nie musze tego robić, bo to widać i słychać i czuć. Pierwszego wrażenia nie jestem w stanie porównać z niczym innym w moim życiu, a uważam, że już sporo widziałem, sporo przeżyłem.
Kiedy wylądowaliśmy w nocy w stolicy państwa Indii, udaliśmy się w miejsce taksówek prepaid, gdzie wytłumaczyłem gdzie chce się dostać: Ajay hotel, ulica Main Bazar, dzielnica Pahar Ganj…. gościu w małej budce wyliczył nam jakies 400 rupi, taksiaż szybko nas wyhaczył i ruszyliśmy przez miasto. Delhi nocą ukazało się nam z….. najgorszej strony – a raczej z indyjskiej strony, ciemno, głucho, przy ulicach ludzie siedzący przy ogniach, a im głębiej w miasto tym ulice coraz węższe, coraz brudniej, gdzieniegdzie szwędające sie psy. Budynki straszyły zwisającymi kablami, rozpadającymi się ścianami…. Tabliczki z nazwami ulic? Zapomnij, Numery budynków? Chyba kpisz… 
Kierowca od razu wyczuł, że my pierwszy raz… wywiózł nas niewiadomo gdzie, conajmniej z 3 km od miejsca gdzie chcieliśmy dojechać. Przerażeni lekko, po jakimś czasie stwierdziliśmy, że trzeba szukać jakiegokolwiek miejsca do spania. Kierowca zapukał o 3 w nocy do travel agency open 24 godziny na dobę. Po 5 minutach staliśmy przed jakimś dziwnym hotelem. Sprawdziłem pokój i przystąpiłem do mojej pierwszej negocjacji ceny w Indiach… z 3300 rupi doszedłem do 1500 rupi za noc dla 2 osób….
IMG_0184
Rano, zmęczeni, koło godziny 11 wyszliśmy z naszego pokoju z oknem na jakiś składzik. (wyobraź sobie, że rano przez firanki nie dochodzi żaden promień światła, rozsuwasz firanki I widzisz widok na pomieszczenie 2m x 2m, gdzie jest jakaś drabina I miotła)… wyszliśmy z pokoju I od razu nas przyczaił jakiś hindus, który pytał, czy co chcemy robić, gdzie chcemy isc, nalegał abyśmy odwiedzili travel ofice , w którym dostaniemy mapę.

My wszystko wiemy, mamy mapę, gps ochoczo mówi gdzie jesteśmy…. śmieci po prawej udostępniają nam ochoczy smrodzik ale co tam…idziemy do travel ofice, posłuchać zawsze można co mają do powiedzenia. Otwiera nam ten sam hindus, który miał nocną zmianę I podpowiedział nam hotel w którym spaliśmy.
Czy musze im mówić, że jestem pierwszy raz w Indiach? hehe… Nie musze. To widać I słychać I czuć.
Po jakieś godzinie wychodzimy z kupioną wycieczką stworzoną specjalnie dla nas. Dostaniemy samochód wraz z kierowcą na następne 8 dni, który zaopiekuje się nami, zawiezie gdzie chcemy, dostaniemy hotele I transport z Delhi do Jaipur, Agry, Varanasi, następnie na granice Nepalską aż do Katmandu.
Cena? Specjalnie dla nas. Niższej nie znajdziemy, zgodnie z mottem “come to us as a turist, leave as a friend”.
IMG_0117

(Dla niecierpliwych tutaj zdjęcia z Delhi)

My Poor English Version:


Before my trip to India a lots of people told me "just don't tell anyone that you are first time in India", Well, what can i say, i don't have to tell this, everyone see this, everyone feel this, everyone hear this. I can't compare my first impression of India with anything else in my life, and i think i've seen a lot..

When we had landed in capital of India at deep night first we came to prepaid taxi station and ask for taxi to Ajaj hotel. I showed them paper with full address, name of hotel, street and district of town. Boy in small box told us: 400 rupis and our journey thought town has begun. Delhi shows us dirt, darkness, fire on the streets and the deeper in the town, streets became narrowed and more dirty, we has been seen homeless dogs, probably wild. Buildings intimidate us by electric cables, there was no street names, no numbers, nothing...

Cap driver from the beginning felt that we are first time in India, instead of  Hotel he drove somewhere 3km away from place that we wanted to be, frightened, we decided to find any hotel near by and wait for day light.  Our driver has stopped near some travel agency and ask some person where we can find hotel... after 5 minutes i started my first price negotiations at hotel...from 3300 rupes to 1500 for 2 person room.
  
In the morning , still in influence jet lag we came out from hotel willing to see some monuments in Delhi, "You need a map" a hearted..."no, thanks, i've got one"... "just step into travel agency, they will help you", "no...thanks"... "common, i won't pay anything".....i have went in....

Do i have to tell that we are first time in India? No... Everyone see this, everyone feel this...

After hour we went out from travel agency with bought trip to Jaipur, Agra, Varanasi to Nepal border till Kathmandu, with personal driver everyday...with booked hotels, trains and busses. Our trip special suited for us...with special price only for us in harmony with travel agency saying "come to us as a tourist, leave as a friend"

Do i have to tell that we are first time in India? No! Our trip has begun.

Wednesday, November 10, 2010

Indyjskie klimaty

Nareszcie na lotnisku w Warszawie. Niedługo wylot. Tato, z którym jadę do Indii zestresowany niesamowicie, dlatego też jestem tu 3 godziny przed naszym lotem, dlatego też przyjechaliśmy do stolicy dzień wcześniej.  Odkręcaliśmy problemy z wiza ojca, bo dostał z tylko na pojedynczy wjazd do Indii I bał się, że nie będzie mógł pojechać do Nepalu. Już we Wrocławiu miałem przeczucie, że wszystko będzie dobrze I nie musimy przyjeżdżać tak wcześnie….(wiem, to do mnie niepodobne!) ale tato ledwo żył, że stresu więc niezdrowo wcześnie rano w poniedziałek wyjechaliśmy z domu do Warszawy.

Hindus spisał się, tak jak mówił przez telefon, po pół godzinie przyszedł z….. poprawioną wizą – ręcznie dopisane “double” zamiast drukowanego single. Zobaczymy czy będą z tym problemy na granicy nepalskiej.

Z moją wiza nie było problemu. Teraz możemy powiedzieć to na pewno. W ambasadach nikt nie sprawdza żadnych papierów, a na pewno biletów lotniczych. Lekko podretuszowany bilet w jedną stronę w paintcie wystarczył im całkowicie.

IMG_0046

Inna opowieść to usługa DHLu, którą zamówiłem aby odebrała wizy z ambasady. W czasie telefonicznego zgłaszania u kuriera wyraźnie im powiedziałem, że do odebrania są dwa paszporty, dla mnie Benedytka Tymoteusza Kroplewskiego oraz ojca – Benedytka Jacka Kroplewskiego… Pan uprzejmie potwierdził, że zapisał to I chciał się już rozłączać gdy zapytałem się go czy nie spyta się mnie GDZIE ma przesłać te paszporty…”Ambasada Indyjska nam to powie”. Jasne. Już to widzę. Na wszelki wypadek podałem mu adres. Następnego dnia. Kurier pojawił się tylko z ojca paszportem.   

IMG_0043

Poor English Version:

My first post. So many to say but I will try to focus on most important issues. First step to get visa to India is to by return ticket to country – to prove Indian authorities that you will back from India. Hmm… From European point of view it is stupid, who would want to migrate to poor India from rich European countries… but I heard that it is only because European Union wants the same from Indian’s tourists. Well… I had been thinking about this, what should I do? Should I tell them truth and have a lot of difficult questions and discussions or… make a fake return ticket and say nothing about my plans. I choose easiest way…. I can say… Paint in windows can do miracles…

After while Indian embassy website showed me that my and my father visa is ready to collect. Great. I had called to DHL (courier) and made request to collect our passports from embassy. Task seems to be easy but not in our configuration because… my father as me has the same name - Benedykt. Clearly and slowly described that courier need to get 2 passports, one Benedykt Tymoteusz Kroplewski and second Benedykt Andrzej Kroplewski (different only in second name). I had got answer in from phone that all is written and set up…. but…after few days , when DHL rang to our door I saw that this task was to difficult for them. He collect only one passport. My fathers one. Even worst, when I looked inside I saw that visa exist but valid only for ONE ENTRY which mean that my father will not have ability to go with me to Nepal…..

After few calls we decides to go one day earlier to capital (when we flight out) to sorted out our problems…. After short talk with Indian supervisor he took my father’s passport and promised to fix the problem in next half hour. I have to say….I was surprised but he keep his word….Visa had “double” entry….written by hand with ambassador sign.