Drugiego lutego wylądowałem w Australii, w miejscu zwanym Gold Coast. Po bardzo miłej rozmowie z emigration officerem dostałem pieczątkę do paszportu i wyszedłem z lotniska. Żar. Gorąc. A ponieważ linie lotnicze airasia nie daja nic do picia i jedzenia (musisz za to dodatkowo zapłacić) strasznie mi się chciało pić. Na całym lotnisku nie mogłem znaleźć nic tańszego niz 4$ za 0.5l wody. Pomyślałem sobie..eeh… lotniska zawsze są drogie, i ruszyłem w stronę Brisbane. W czasie kupowania biletu kolejny szok, bilecik 19$, hehe… w samym Brisbane, w okolicach dworca, także , woda 4$ za 1.5l….Kupiłem bilecik do nic nie mówiącego mi miejsca Tamworth (70$) i czekałem cierpliwie 5 godzin na autobus.
W okolicach godziny 2:00 w nocy wysiadłem razem z parką Niemców. Ciemno wszedzie, cicho, rozglądnąłem sie i zobaczyłem zadupie pełną parą. Gdy zrobiło się jasno zacząłem pytać ludzi jak moge się dostać do miasteczka Manilla. Co najmniej 10 osób odpowiedziało, że sie nie da…stopem też nie za bardzo, bo nikt nie chce zabierać. Po następnych kilku godzinach pytania i szukania znalazłem autobus, który tam jedzie. 2 razy dziennie. Hehhe. No cóż… Po następnych paru godzinach czekania i 10$ pojawiłem się….w jeszcze większym zadupiu… Jedna ulica, wokoło budynki 1 piętrowe, czasami 2 piętrowe, hotelik na rogu, normalnie jak na dzikim zachodzie.
Tam zacząłem sie pytać jak dostać się na farmę Godfreya. W hoteliku, który był stanowczo za drogi i za bardzo rozpadający się (dlatego taki tani nocleg, tylko 28$) właściciele okazali się bardzo przyjaźni i wykonali telefon na farme z pytaniem czy przypadkiem ktoś nie będzie jechał do '”miasta”. Okazało się, że nikt. Pozostaje autostop w upale. Zaopatrzyłem się w prowiant w jedynym sklepie w mieście, gdzie ceny wyglądały podobnie jak na lotnisku, i w Brisbane i ruszyłem, wystawiając kciuk. Do farmy było 12km. Po następnych godzinach ktoś się zlitował i mnie zabrał i tak pojawiłem się w znanym całemu światu miejscu gdzie się lata na paralotniach.
W okolicy co najmniej 10km wokoło mnie nie ma kompletnie nic. W okolicy 50km jest parę malutkich miasteczek, trochę farm i nic….nic…tylko kangury skaczą wieczorami i mnóstwo insektów, różnego rodzaju, małych, dużych, kłujących, latających, pełzających.
W ciągu dnia słońce wali, pali także bez 5l wody dziennie nie wytrzymasz. A jak wylądujesz gdzieś nie wiadomo gdzie, to trzeba przedzierać się przez busz, trawy, przeskakiwać przez płoty, uważać na jadowite węże i po 10min cały mokry od potu jesteś. Jak wiatr wieje z zachodu, i wylądujesz po zachodniej stronie góry i nikt Cie nie zabierze…3 godzinny spacerek z skwarze.
Po tygodniu spędzonym w totalnym buszu i słabym lataniu (bo to raczej miejsce jest dla bardziej zaawansowanych mimo, że niektórzy mówią inaczej – wg. mnie, gra nie warta świeczki) postanowiłem ruszyć do Sydney. Jutro ruszam.
Wiem tylko jedno. W zajebiście drogiej Australii nie zostanę długo, nie warta tych pieniędzy. Tęsknie za miłą, przyjazną, cieplutką Europą.