Saturday, February 12, 2011

Australia - pierwsze starcie

IMG_0357
Drugiego lutego wylądowałem w Australii, w miejscu zwanym Gold Coast. Po bardzo miłej rozmowie z emigration officerem dostałem pieczątkę do paszportu i wyszedłem z lotniska. Żar. Gorąc. A ponieważ linie lotnicze airasia nie daja nic do picia i jedzenia (musisz za to dodatkowo zapłacić) strasznie mi się chciało pić. Na całym lotnisku nie mogłem znaleźć nic tańszego niz 4$ za 0.5l wody. Pomyślałem sobie..eeh… lotniska zawsze są drogie, i ruszyłem w stronę Brisbane. W czasie kupowania biletu kolejny szok, bilecik 19$, hehe… w samym Brisbane, w okolicach dworca, także , woda 4$ za 1.5l….Kupiłem bilecik do nic nie mówiącego mi miejsca Tamworth (70$) i czekałem cierpliwie 5 godzin na autobus.
W okolicach godziny 2:00 w nocy wysiadłem razem z parką Niemców. Ciemno wszedzie, cicho, rozglądnąłem sie i zobaczyłem zadupie pełną parą. Gdy zrobiło się jasno zacząłem pytać ludzi jak moge się dostać do miasteczka Manilla. Co najmniej 10 osób odpowiedziało, że sie nie da…stopem też nie za bardzo, bo nikt nie chce zabierać. Po następnych kilku godzinach pytania i szukania znalazłem autobus, który tam jedzie. 2 razy dziennie. Hehhe. No cóż… Po następnych paru godzinach czekania i 10$ pojawiłem się….w jeszcze większym zadupiu… Jedna ulica, wokoło budynki 1 piętrowe, czasami 2 piętrowe, hotelik na rogu, normalnie jak na dzikim zachodzie.
Tam zacząłem sie pytać jak dostać się na farmę Godfreya. W hoteliku, który był stanowczo za drogi i za bardzo rozpadający się (dlatego taki tani nocleg, tylko 28$) właściciele okazali się bardzo przyjaźni i wykonali telefon na farme z pytaniem czy przypadkiem ktoś nie będzie jechał do '”miasta”. Okazało się, że nikt. Pozostaje autostop w upale. Zaopatrzyłem się w prowiant w jedynym sklepie w mieście, gdzie ceny wyglądały podobnie jak na lotnisku, i w Brisbane i ruszyłem, wystawiając kciuk. Do farmy było 12km. Po następnych godzinach ktoś się zlitował i mnie zabrał i tak pojawiłem się w znanym całemu światu miejscu gdzie się lata na paralotniach.
Kangaroo
W okolicy co najmniej 10km wokoło mnie nie ma kompletnie nic. W okolicy 50km jest parę malutkich miasteczek, trochę farm i nic….nic…tylko kangury skaczą wieczorami i mnóstwo insektów, różnego rodzaju, małych, dużych, kłujących, latających, pełzających.

W ciągu dnia słońce wali, pali także bez 5l wody dziennie nie wytrzymasz. A jak wylądujesz gdzieś nie wiadomo gdzie, to trzeba przedzierać się przez busz, trawy, przeskakiwać przez płoty, uważać na jadowite węże i po 10min cały mokry od potu jesteś. Jak wiatr wieje z zachodu, i wylądujesz po zachodniej stronie góry i nikt Cie nie zabierze…3 godzinny spacerek z skwarze.
Po tygodniu spędzonym w totalnym buszu i słabym lataniu (bo to raczej miejsce jest dla bardziej zaawansowanych mimo, że niektórzy mówią inaczej – wg. mnie, gra nie warta świeczki) postanowiłem ruszyć do Sydney. Jutro ruszam.
Wiem tylko jedno. W zajebiście drogiej Australii nie zostanę długo, nie warta tych pieniędzy. Tęsknie za miłą, przyjazną, cieplutką Europą.

Friday, February 4, 2011

Bangkok i Malezja

IMG_1191aWróciwszy po wyprawie z Kambodży do Bangkoku, (Zresztą też z przygodami, bo obudzili mnie w nocy abym zmienił autobus a jak zaczołem się pytać gdzie jestem to okazało się, ze mnie wywieźli w inne miejsce niż była mowa…ale to inna opowieść) zacząłem się zastanawiać co dalej robić. Opcji było dużo.. jedna wyspa Tajlandzka z nieustającą imprezą, druga-większa wyspa z wiekszą nieustającą imprezą gdzie jest piasek i ocean, trzecia mniejsza wyspa z najmniejszą-nieustającą imprezą z kolejną niesamowitą plażą pełną piasku… Po rozmowie z paroma dziewczynami, które jeździły po Tajlandii i Kambodży tylko imprezować – nic innego, nie widziały nic prócz pubów, klubów i oceanu zdałem sobie sprawę, że mnie w ogóle, w ooogóle tam nie ciągnie. Kupiłem więc najtańszy bilet z azji do australii w kafejce internetowej bo zgubiłem zasilacz do netbooka gdzieś. Okazało się, ze mam tydzień do wylotu z Kuala Lumpur – Malezja.
Poświęciłem z 1 dzień na zwiedzanie Bangkoku, zrobiłem troche zdjęć i filmów, których nie mogę teraz pokazać bo w miejscu gdzie teraz jestem jest limit transferu danych – a trzeba szanować prośbę o nie przekraczanie ponownie tego limitu – bo internet jest za darmo i następnei kupiłem bilet pociągowy do Malezji. Wysiadłem blisko wyspy Penang więc postanowiłem tam się zatrzymać na pare dni. Wyspa jak wyspa. Nic specjalnego. Dużo bogatych hoteli, bardzo wąskie plaże i kompletnie nienadająca sie pogoda na plażowanie. Deszcze….
IMG_1280Dopiero jak odwiedziłem Kuala Lumpur jednak dowiedziałem się co to znaczą deszcze w Malezji…cóż…sezon deszczowy to i deszcze muszą być. Zatrzymałem się u kolegi mojego ojca – Sabri Indus, a dokładnie pomieszkiwałem w jego pracowni. Miasto jak miasto – wielkie i wielką ilościa wierzowców ale jako, że jestem entuzjastą różnego rodzaju środków transportu musze wspomnieć tutaj o kolejce miejskiej, która suneła bez motorniczego przez całe miasto, czasami pod ziemią, czasami na ziemi, w większości nad ziemią na wysokości…hmm.. 5 pietra. Dzięki temu zreszta zobaczyłem, że w samym Kuala Lumpur – za dnia - jest o wiele wiecej wiekszych, i bardziej imponujących budynków niż znane wszystkim 2 bliźniacze wieże . W nocy jednak….ahh… 2 wieże imponują! Bardzo!.
Dzięki Sabri poznałem troche także troche Malezyjskiej sztuki i spędziłem dużo miłych chwil w jego towarzystwie za co dziękuje serdecznie.
Następnie ruszyłem w kierunku Australii, gdzie cyklon Yasi zaczynał zbierać swoje żniwa, do miejsca zalanego powodzią jedną z wiekszych powodzi 2 tygodnie temu… aby POLATAĆ bo siedząc w Bangkoku zdałem sobie sprawę, że ja chce latać. A skoro tego chce to trzeba jechać do miejsca gdzie moge latac. To i brak świadomości jaki jest dzień od 3 miesięcy bo każdy jest niedziela jest czymś niewyobrażanie zajebistym.!!! Niech żyje ja – który podjął tą decyzje życiową mimo sraczki ze strachu co ze mną będzie w dniu składania wypowiedzenia z pracy.