Saturday, November 20, 2010

Indie–ludzie

Siedzę sobie w małej przyjemnej restauracji przy naszym hotelu w Nepalu czekając na śniadanie i postanowiłem napisać małe podsumowanie naszej wycieczki po Indiach. Muszę tutaj zaznaczyć, że jest to moja subiektywna opinia powstała na podstawie naszej wizyty w Delhi, Ambra, Jairpur, Agra i Varanasi. Jednakże niewiarygodnie spójna z opinią  mojego ojca oraz poznanych 3 podróżników oraz co najmniej kilku ludzi z Europy siedzących tutaj w Pokharze/Nepalu. W ręką na sercu trzeba też przyznać, że poznałem parkę z Hiszpanii, która była zachwycona Indiami, tak jak i “moje dziewczyny” z Polski.
DSCF6168Ludzie. Hindusi. Z określeniem “brudasy” spotkałem się już bardzo dawno temu. Wchodziło do do mojej głowy jednym uchem, wychodziło drugim z dopiskiem “przesada”. Po tym co widziałem, czego doświadczyłem muszę się całkowicie zgodzić z tym określeniem. Nie chodzi tu o tyle, że śmierdzą, ale co robią w około siebie. Do tej pory myślałem, że każdy człowiek dąży do tego aby żył w otoczeniu czystości, braku smrodu, że nawet jeżeli wyrzuci jakiś śmieć to chociaż najpierw rozglądnie się czy nie ma w pobliżu kosza na śmieci, zanim się wysika pod chmurką, to poszuka kibla albo DSCF6169chociaż miejsca oddalonego od ludzi. Hindusi tego czegoś nie maja. Leja gdzie popadnie. Byłem światkiem jak na wielkim rondzie panowie stawali samochodami, podchodzili pod murek , zrobili swoje i wsiadali ponownie do samochodu, nie zwracali uwagi na przechodniów czy ludzi stojących obok. Śmiecia natomiast należy sie pozbyć jak najszybciej aby przypadkiem nie przykleił się do rączki, najlepiej ostentacyjnie rzucić za siebie. Hehe. Misiek ma sklepik, serwuje jedzenie, picie, jakieś przekąski. Wydawało by się, że jak człowiek spędza większość dnia w tym miejscu to nie przejdzie na drugą strone ulicy i nie wyleje się ani nie wyrzuci śmieci metr od swojego sklepu. Błąd! To się dzieje. Tak się zachowują. I jak takich ludzi określić?
Druga sprawa to jakaś niesamowita siła wyższa przekonała ich, że turysta to studnia pieniędzy bez dna, krowa, która jak nie wydoisz to będzie się źle czuła i nikt i nic ich nie przekona że tak nie jest. Na każdym kroku chcą cie wydymać, wykorzystać i nie ma to nic wspólnego z targowaniem się.
DSCF6046Rikszarze ustalają cenę a na koniec zmieniają ją i wykłócają, nie rzadko angażując w to innych kolegów hindusów. Stąd pewnie na lotnisku w Delhi powstały taksówki prepaid, gdzie płacisz w okienku a taksiarz nie dostaje nic. Nic, w sensie – zawsze należy się napiwek, lepsza usługa, większy napiwek, nie dobra usługa, zerowy napiwek... hehe, nie, nie, nie zerowy, mniejszy napiwek. Gdy Pan Hindus uważa, że wykonał lepszą usługę robi wielkie oczy i trzyma rączkę dalej.
W pewnej restauracji zamówiliśmy obiad dla dwóch osób na łączna kwotę mniej więcej 500 rupi (co i tak jest drogo jak na warunki, w których byliśmy). Kelner – hindus pyta się grzecznie czy nie chcemy czegoś do picia, np. piwo. No pewnie, że chcemy, ale pierwsze pytanie zawsze musi być “a ile kosztuje?” Poważny Hindus odpowiada: 400 rupi. Patrzę się na niego i sam nie wierze co słyszę. (to jest jakieś 25 zł) Po chwili gdy zdołałem ochłonąć podziękowałem za tą przyjemność na co zdziwiony kelner pyta się “czy uważa Pan, że to jest drogo?” z pełną powagą i przekonaniem, że to jest tanio. Musze przyznać, mają tupet.
“Porter” na dworcu w Indiach, przeważnie młody człowiek z blaszaną odznakąDSCF5332 przywiązaną sznurkiem przez ramie (biceps), przeważnie w czerwonej koszuli. Zaczepia cię przed dworcem. Pomoże Ci. Pytanie klucz, zamiast dzień dobry – Namaste – Za ile?. 100 rupi (6zł). Pytasz się, jak mi pomoże? Jaką usługę dostane w zamian? Cisza. Hinduski bełkot. Czy mówisz po angielsku? Ale odpowiedz mówi sama za siebie. Nie mówi. Ale “one hundret rupis” zna, i powtarza jak mantrę. Poterman, Help. No dobra... niech mu będzie, bierzemy chłopaka. Zakłada plecak, patrzy się na nasz bilet w większości wypełniony szlaczkami hinduskimi i idziemy na odpowiedni peron i tor. Tam (czyli po jakieś 25m) wypowiada następną wyuczoną formułkę “stay here” i wyciąga rączkę, hehehe... Nie, nie, nie. Zapłacę jak już będziemy w odpowiednim pociągu, na odpowiednim miejscu. Zniechęcony człowieczek bulgocze coś i znika. Ale wróci!. Pięć minut przed przyjazdem pociągu pojawia się ponownie, widzę, że przyprowadził sobie następnych turystów. Czekają na niego, czekają z bagażami. Pociąg podjeżdża. Mistrz bełkocze, widzę, że chce abym ja swoje bagaże wtargał do pociągu bo on ma do przeniesienia bagaże turystów obok. Uśmiecham się i kręcę głową. Nie, nie, nie. Pociąg staje i zaczyna się jazda. Chłopak bierze bagaże naszych białych turystów, biegnie, znika w pociągu, po chwili wypada z niego i biegnie z naszymi bagażami do wagonu obok, pokazuje nam miejsca i zadowolony z uśmieszkiem wyciąga rączkę. Dostaje umówione 100 rupii.  Czeka dalej, widać niezadowolony. Napracował się chłopak....
Hindusi takiego zachowania uczą się od małego, w turystycznych miejscach maluchy ganiają i cały dzień zaczepiają białych i chcą im sprzedać jakieś drobne, małe pamiątki. Jak mantrę powtarzają one hundet rupis, one hundet rupis, one hundet rupis, buy, buy, buy. Chodzą za tobą i nie dociera do nich nic. Myślisz sobie nawet, “udam, że ich nie widzę”. Hehe. Głupi europejski turysto. Nie takie numery oni widzieli. Nic nie pomaga. Myślisz sobie. Dobra. Użyjmy drastycznych metod, krzyczysz “SPIEEEERDALAAAJ!” a on? Patrzy się, otwiera szeroko oczy...chwila ciszy i.... one hundret rupis, buy, buy....buy.
Myślę jednak, że najgorszą zgnilizną jest to, że administracja kraju, rząd czy kto tam jeszcze także pokazuje im, że turysta to bogacz, którego trzeba naciągać. Do wszystkich (no dobra... prawie wszystkich) miejsc, gdzie trzeba zapłacić za wstęp masz osobne ceny dla hindusów, osobne dla obcokrajowców. I tak. Hindus 10 rupii, Biały 200 rupii, Hindus 10 rupii, Biały 250 rupii, Hindus 10 rupi, Biały 750 rupii (Tadż Mahal).
Jednak w tym motłochu można znaleźć jednostki bardzo miłe, fajne i ciekawe. Oto student szkoły muzycznej, gry na bębnach, który codziennie wraca na wieś do domu rodziców pomagać im, oraz drugi, lalkarz, ojciec 2 dzieci, oboje po 21,23 lata. Codziennie wieczorem w hotelu rozkładają mała scenę i czekają na ludzi aby rozpocząć przedstawienie. Słowo klucz “Za ile?” . Ile chcesz, tyle dasz – odpowiedź. Ale my już znamy te numery, prawda? Nie dzisiaj, jutro... mimo wszystko gadamy, spędzamy wieczór miło. Następnego dnia dwie amerykanki siadają ostentacyjnie na 2 przygotowanych krzesłach i czekają na przedstawienie. Dołączam się. Zbiera sie tłumek. Zaczynają.....kończą. Tłumek się rozchodzi. Panowie zostają bez niczego, amerykanki targują sie o cenę lalki ale widać, że chyba nic z tego nie będzie. Tak. Benek im z przyjemnością dał 200 rupii. Mili, nie nachalni, cisi....



My poor English version:


I'm sitting in a small nice restaurant near our hotel in Nepal waiting for breakfast and decided to write a short summary of our trip to India. I must note here that this is my subjective opinion is based on our visit to Delhi, Ambra, Jairpur, Agra and Varanasi. However, the incredibly consistent with the opinion of my father, three travelers got known during our trip and at least a few people from Europe which we met  here in Pokhara / Nepal. But i must also admit that I met a pair from Spain, who was delighted of India, as well as "my girls" from the Polish.
People. Indians. I met long ago the term "sloven". It entranced to my head with one ear, came out second with a note "exaggeration". Well, After what I saw,  what I have experienced I have to completely agree with this definition. It doesn't mean that their stink, but what they're doing around them self. Until now I thought that every person wants to live in a clean environment, lack of bad smells, and even if he trow some piece of junk, first he  look around himself, try to find trash bin nearby, before he piss under a cloud, he will try to find toiler or even place away from the people. Indiansdo not have that thing. They piss everywhere!!! I was a witness on the big roundabout, gentlemen got out from his car, went to the wall, piss and then got back to car, He didn'tpay attention to pedestrians or people standing next to it. Rubbish/Trashes you should get rid of as soon as possible because it can stuck to your hand, preferably would be if you ostentatiously throw it back. Hehe. One man has a shop and serves food, drinks, some snacks. It would seem that when a person spends most of the day in this place he will not getting to the other side street and did not piss, he will not  throw trash/garbage one meter from his shop.  Wrong! In India it happens. So behave. So, how we can discribe this kinds of people?


The second issue is an incredible force which convinced them that the tourist is a bottomless well of money, a cow, which, gives you as much milk as you want and nothing can convince them that it is not true. At every step they want to fuck you out, use, and it has nothing to do with bargaining.
Rickshaw men agree price but at the end of he change the price and argue, often involving the other fellow Indians in. Probably because osf that at the airport in Delhi their created a prepaid taxi, where you pay in the window and taxi man  not get any cash to hand. Nothing, in the sense - he get always a tip, better service, higher gratuity/tip, not good service, zero tip ... hehe, no, no, no zero, a smaller tip. When the Mister Indian feels that he had done a better service he makes a big eye and keeps his hand still on.
At one of restaurant we ordered a dinner for two persons. The total amount was more and less 500 Rs (which is expensive considering the conditions in which we were). Waiter - Indian asks politely if we do not want something to drink, such as beer. Well, of course, that we want, but the first question must always be "how much?" Serious Indian told us: 400 Rs. I look at him and i did not believe what I hear. (That is, about 8$) After a while when I was able to recover I thanked for the beer but waiter asked, "do you think that it's expensive?" With complete seriousness and conviction that it is cheap. I must admit, have a lot of nerve.
"Porter" at the station in India, mostly young man with a tin badge attached to his frame (biceps), mostly in the red shirt. Grabs you from the station. It will help you. The key question, instead of good morning - Namaste - How much?. Rs 100 (2$). You ask how he will help me? What kind of service I get in return? Silence. Indian gibberising. Do you speak English? But the answer speaks for itself. He does not speak. But "one hundret rupis" he knows, and repeats like a mantra. "Poterman, Help. Okay?" ... let it be, i take the boy. He takes my backpack, looking at our ticket and go to the appropriate platform and track. After some 25m  speaks next adapted formula "stay here" and pulls out his hand for the money, hehehe ... No, no, no. I'll pay as we will be in good train, at the right place. Disheartened man gurgles something and disappears. But he will come back!. Five minutes before the arrival of the train appears again, I see you brought with him also another travelers with luggages. The train pulls up. Porterman babbling, I see that he want to take their luggage and force me to take my on my back. I smile to him. No, no, no! The train stops. He takes in the rush bags of other tourists, runs, disappears on a train and after a while is out again. he runs with our luggage to our coach , showing us the place. Finally he smiles pulls the hand. Money. I give him 100 rupees. He still wait, you see his unhappness. 
Indians learn this behavior from the small boy, from the beggining, in tourist areas small Indians chasing white turists all day long and they want sell them some small, small souvenirs. They repeat the mantra "one hundet rupis, one hundet rupis, one hundet rupis, buy, buy, buy". They follow you and it doesn't reach to them, that you don't want to buy. You think to yourself,  "I'll pretend that can't see them" Hehe. European Visitor  - stupid man!. This doesn't work on Indian's kids. Nothing helps. You think to yourself. Okay. Let us use drastic methods, you scream, "FUCK OFF!" And he? He looks up to you, opens his eyes wide, moment of silence ... and. ... "one hundret rupis, buy, buy .... buy".
However, I think the worst is that the administration of the country, the government also shows them that the tourist is a rich man, who must be used. For all (well ... almost all) places where you have to pay an entrance fee you have separate prices for the Indians and foreigners. And so. For Indians - 10 rupees, White  - 200 rupees, Indians - 10 rupees, White - 250 rupees, Indians 10 rupees, White, 750 rupees (entrance to Taj Mahal).
However, in this mob can be found a very nice units, nice and interesting. Here is a music school student, playing the drums, which returns to the village every day to help his parents, and second, a puppeteer, the father of two children, both are 21, 23 years. Every evening at the roof of hotel they create the little scene and wait for people to start the show. Key word, "How much?". You will give as much you want - the answer. But we already know those tricks, right? Not today, my man, tomorrow ... but after all, we talk, we spend the evening nicely. We play together on the drums. The next day, two American women sit ostensibly on two chairs which was ready for audience and the show has started. I join. Crowd get  gathers. They start, they finish ...... Crowd goes out. Gentlemen stays, says nothing, but noone give them nothing, American woman haggle on the price of the doll but I can see that probably nothing will come of it. Yes. Ben gives them 200 rupees with happyness. Nice, not impudent, silent Indians....I like them

No comments:

Post a Comment