Wróciwszy po wyprawie z Kambodży do Bangkoku, (Zresztą też z przygodami, bo obudzili mnie w nocy abym zmienił autobus a jak zaczołem się pytać gdzie jestem to okazało się, ze mnie wywieźli w inne miejsce niż była mowa…ale to inna opowieść) zacząłem się zastanawiać co dalej robić. Opcji było dużo.. jedna wyspa Tajlandzka z nieustającą imprezą, druga-większa wyspa z wiekszą nieustającą imprezą gdzie jest piasek i ocean, trzecia mniejsza wyspa z najmniejszą-nieustającą imprezą z kolejną niesamowitą plażą pełną piasku… Po rozmowie z paroma dziewczynami, które jeździły po Tajlandii i Kambodży tylko imprezować – nic innego, nie widziały nic prócz pubów, klubów i oceanu zdałem sobie sprawę, że mnie w ogóle, w ooogóle tam nie ciągnie. Kupiłem więc najtańszy bilet z azji do australii w kafejce internetowej bo zgubiłem zasilacz do netbooka gdzieś. Okazało się, ze mam tydzień do wylotu z Kuala Lumpur – Malezja.
Poświęciłem z 1 dzień na zwiedzanie Bangkoku, zrobiłem troche zdjęć i filmów, których nie mogę teraz pokazać bo w miejscu gdzie teraz jestem jest limit transferu danych – a trzeba szanować prośbę o nie przekraczanie ponownie tego limitu – bo internet jest za darmo i następnei kupiłem bilet pociągowy do Malezji. Wysiadłem blisko wyspy Penang więc postanowiłem tam się zatrzymać na pare dni. Wyspa jak wyspa. Nic specjalnego. Dużo bogatych hoteli, bardzo wąskie plaże i kompletnie nienadająca sie pogoda na plażowanie. Deszcze….
Dopiero jak odwiedziłem Kuala Lumpur jednak dowiedziałem się co to znaczą deszcze w Malezji…cóż…sezon deszczowy to i deszcze muszą być. Zatrzymałem się u kolegi mojego ojca – Sabri Indus, a dokładnie pomieszkiwałem w jego pracowni. Miasto jak miasto – wielkie i wielką ilościa wierzowców ale jako, że jestem entuzjastą różnego rodzaju środków transportu musze wspomnieć tutaj o kolejce miejskiej, która suneła bez motorniczego przez całe miasto, czasami pod ziemią, czasami na ziemi, w większości nad ziemią na wysokości…hmm.. 5 pietra. Dzięki temu zreszta zobaczyłem, że w samym Kuala Lumpur – za dnia - jest o wiele wiecej wiekszych, i bardziej imponujących budynków niż znane wszystkim 2 bliźniacze wieże . W nocy jednak….ahh… 2 wieże imponują! Bardzo!.
Dzięki Sabri poznałem troche także troche Malezyjskiej sztuki i spędziłem dużo miłych chwil w jego towarzystwie za co dziękuje serdecznie.
Następnie ruszyłem w kierunku Australii, gdzie cyklon Yasi zaczynał zbierać swoje żniwa, do miejsca zalanego powodzią jedną z wiekszych powodzi 2 tygodnie temu… aby POLATAĆ bo siedząc w Bangkoku zdałem sobie sprawę, że ja chce latać. A skoro tego chce to trzeba jechać do miejsca gdzie moge latac. To i brak świadomości jaki jest dzień od 3 miesięcy bo każdy jest niedziela jest czymś niewyobrażanie zajebistym.!!! Niech żyje ja – który podjął tą decyzje życiową mimo sraczki ze strachu co ze mną będzie w dniu składania wypowiedzenia z pracy.
No comments:
Post a Comment