Tuesday, March 8, 2011

Australia jest jak jakaś inna planeta

IMG_1316

Długo się zastanawiałem jak opisać Australie. Musze powiedzieć, że ten kraj wywołuje u mnie sprzeczne uczucia, lubie go ale jednocześnie nieznosze. Ten kraj – kontynent można porównać do innej planety. Wyobraż sobie, że lądujesz na marsie. Nie oczekuj, że bedzie tam wszystko działać jak w Europie, Azji, Afryce.

Okres spędzony w Sydney z ciocią i jej synem uświadomił mi, że nie jest tak strasznie drogi gdy ma się zaplecze w formie lodówki, samochodu, mieszkania, dostępu do wiekszych miast, gdzie są promocje w sklepach, konkurencja. (a nie jak w małych miasteczkach – jeden sklep w odległości 50km). Kupujesz więcej gabarytowo, płacisz mniej. Tego w Europie tak bardzo nie widać, chcesz kupić mały jogurt 0,33l, placisz 0,5 euro, chcesz familly pack 1l placisz 1,5 euro. W Australii za 0,33l placisz 4$ a za 1l placisz 4,5$. Nie wiem jak to działa ale tak jest z prawie wszystkim, alkoholem, nabiałem, mięsem, serami, wycieczkami, transportem, wszystkim… także jak planujesz wizyte w Australii, przyjedz z wiekszą ekipą, wynajmij samochód a najlepiej kup wycieczke all incluzive , wtedy wyjdzie Cie taniej niż samotna tułaczka po kraju.

IMG_1435

Miasta (a byłem w Brisbane i Sydney) wyglądają podobnie, w centrum wierzowce wyłaniające się na tle starych budynków z lat 1919, daje dziwne uczucie chodzenia w przeszłości do momentu podniesienia głowy do góry i zobaczenia drapaczy chmur. Znowu tak jak mówiłem. Inna planeta, przyzwyczajony jestem do dzielnic ze starą architektura lub z nowoczesnymi wierzowcami.

Ludzie, których spotkałem w Australii można podzielić na dwie grupy. Australijczycy i turyści. Hhehehehe. Ale znowu. Kraj ten rządzi się innymi zasadami niż reszta świata, Australijczycy w wiekszości przypadków chcą Ci pomóc, jak łapiesz stopa to się zatrzymają, podwiozą nawet gdy to troche nie w ich kierunku, pomogą, doradzą, podpowiedzą. Turyści – a mówie tu głównie o backpakersach za to odwrotnie. Wypożyczą busa, jadą przez kraj i nie zatrzymają się, nie podwiozą, nie pomogą, a jak już to liczy się głównie kasa. Jest dużo Kanadyjczyków, Brytyjczyków, Amerykanów , którzy przyjechali na wakacje do innego kraju. Aby się nie zmęczyć to wybrali kraj w którym mówi się w tym samym języku co oni i….hulaj dusza zneczaj się nad ludźmi, który jezyk znają gorzej. W końcu, jak oni śmia przyjechać do kraju i nie znać lokalnego języka? (Zupełnie inaczej to wygląda w takiej Kambodży gdzie Ci sami ludzie zdeżają się z barierą językową) 

Australia jest jak inna planeta. Siedzisz sobie na plaży, (nie wyobrażaj sobie niczego niesamowitego, pomyśl o Sopockiej plaży) , morze…tfu, ocean szumi, a tu nagle czujesz przenikliwy ból na nodze, to jakaś dziwna mucha właśnie Cie dziabnęła – boli jakby ktoś oderwał kawałek ciała i tak już zostanie przez…tydzień. Nagminne widać żaby wyschnięte na drogach, papugi i inne dziwactwa latające, pełzające, skaczące (nie wspominając o znanych nam i kochanych komarach umilające wieczory). Gekony czy inne jaszczórki chodzące po ścianach umilają Ci za to noc, sen - skrzecząc co chwila.

IMG_1385

IMG_1392

 

 

 

 

 

 

 

Australia jest jak inna planeta, pada wtedy gdy nie powinno, skwar cie atakuje wtedy gdy się tego nie spodziewasz, jak już pogoda dobra to wiatr wieje ze złej strony lub jest za mocny. Czyli, nie polatałem sobie dużo na paralotni co mi uświadomiło, że jednak najlepsze miejscówki na latanie są w Europie….(no dobra, w Turcji i Nepalu także).

English version some day. Sorry.

Saturday, February 12, 2011

Australia - pierwsze starcie

IMG_0357
Drugiego lutego wylądowałem w Australii, w miejscu zwanym Gold Coast. Po bardzo miłej rozmowie z emigration officerem dostałem pieczątkę do paszportu i wyszedłem z lotniska. Żar. Gorąc. A ponieważ linie lotnicze airasia nie daja nic do picia i jedzenia (musisz za to dodatkowo zapłacić) strasznie mi się chciało pić. Na całym lotnisku nie mogłem znaleźć nic tańszego niz 4$ za 0.5l wody. Pomyślałem sobie..eeh… lotniska zawsze są drogie, i ruszyłem w stronę Brisbane. W czasie kupowania biletu kolejny szok, bilecik 19$, hehe… w samym Brisbane, w okolicach dworca, także , woda 4$ za 1.5l….Kupiłem bilecik do nic nie mówiącego mi miejsca Tamworth (70$) i czekałem cierpliwie 5 godzin na autobus.
W okolicach godziny 2:00 w nocy wysiadłem razem z parką Niemców. Ciemno wszedzie, cicho, rozglądnąłem sie i zobaczyłem zadupie pełną parą. Gdy zrobiło się jasno zacząłem pytać ludzi jak moge się dostać do miasteczka Manilla. Co najmniej 10 osób odpowiedziało, że sie nie da…stopem też nie za bardzo, bo nikt nie chce zabierać. Po następnych kilku godzinach pytania i szukania znalazłem autobus, który tam jedzie. 2 razy dziennie. Hehhe. No cóż… Po następnych paru godzinach czekania i 10$ pojawiłem się….w jeszcze większym zadupiu… Jedna ulica, wokoło budynki 1 piętrowe, czasami 2 piętrowe, hotelik na rogu, normalnie jak na dzikim zachodzie.
Tam zacząłem sie pytać jak dostać się na farmę Godfreya. W hoteliku, który był stanowczo za drogi i za bardzo rozpadający się (dlatego taki tani nocleg, tylko 28$) właściciele okazali się bardzo przyjaźni i wykonali telefon na farme z pytaniem czy przypadkiem ktoś nie będzie jechał do '”miasta”. Okazało się, że nikt. Pozostaje autostop w upale. Zaopatrzyłem się w prowiant w jedynym sklepie w mieście, gdzie ceny wyglądały podobnie jak na lotnisku, i w Brisbane i ruszyłem, wystawiając kciuk. Do farmy było 12km. Po następnych godzinach ktoś się zlitował i mnie zabrał i tak pojawiłem się w znanym całemu światu miejscu gdzie się lata na paralotniach.
Kangaroo
W okolicy co najmniej 10km wokoło mnie nie ma kompletnie nic. W okolicy 50km jest parę malutkich miasteczek, trochę farm i nic….nic…tylko kangury skaczą wieczorami i mnóstwo insektów, różnego rodzaju, małych, dużych, kłujących, latających, pełzających.

W ciągu dnia słońce wali, pali także bez 5l wody dziennie nie wytrzymasz. A jak wylądujesz gdzieś nie wiadomo gdzie, to trzeba przedzierać się przez busz, trawy, przeskakiwać przez płoty, uważać na jadowite węże i po 10min cały mokry od potu jesteś. Jak wiatr wieje z zachodu, i wylądujesz po zachodniej stronie góry i nikt Cie nie zabierze…3 godzinny spacerek z skwarze.
Po tygodniu spędzonym w totalnym buszu i słabym lataniu (bo to raczej miejsce jest dla bardziej zaawansowanych mimo, że niektórzy mówią inaczej – wg. mnie, gra nie warta świeczki) postanowiłem ruszyć do Sydney. Jutro ruszam.
Wiem tylko jedno. W zajebiście drogiej Australii nie zostanę długo, nie warta tych pieniędzy. Tęsknie za miłą, przyjazną, cieplutką Europą.

Friday, February 4, 2011

Bangkok i Malezja

IMG_1191aWróciwszy po wyprawie z Kambodży do Bangkoku, (Zresztą też z przygodami, bo obudzili mnie w nocy abym zmienił autobus a jak zaczołem się pytać gdzie jestem to okazało się, ze mnie wywieźli w inne miejsce niż była mowa…ale to inna opowieść) zacząłem się zastanawiać co dalej robić. Opcji było dużo.. jedna wyspa Tajlandzka z nieustającą imprezą, druga-większa wyspa z wiekszą nieustającą imprezą gdzie jest piasek i ocean, trzecia mniejsza wyspa z najmniejszą-nieustającą imprezą z kolejną niesamowitą plażą pełną piasku… Po rozmowie z paroma dziewczynami, które jeździły po Tajlandii i Kambodży tylko imprezować – nic innego, nie widziały nic prócz pubów, klubów i oceanu zdałem sobie sprawę, że mnie w ogóle, w ooogóle tam nie ciągnie. Kupiłem więc najtańszy bilet z azji do australii w kafejce internetowej bo zgubiłem zasilacz do netbooka gdzieś. Okazało się, ze mam tydzień do wylotu z Kuala Lumpur – Malezja.
Poświęciłem z 1 dzień na zwiedzanie Bangkoku, zrobiłem troche zdjęć i filmów, których nie mogę teraz pokazać bo w miejscu gdzie teraz jestem jest limit transferu danych – a trzeba szanować prośbę o nie przekraczanie ponownie tego limitu – bo internet jest za darmo i następnei kupiłem bilet pociągowy do Malezji. Wysiadłem blisko wyspy Penang więc postanowiłem tam się zatrzymać na pare dni. Wyspa jak wyspa. Nic specjalnego. Dużo bogatych hoteli, bardzo wąskie plaże i kompletnie nienadająca sie pogoda na plażowanie. Deszcze….
IMG_1280Dopiero jak odwiedziłem Kuala Lumpur jednak dowiedziałem się co to znaczą deszcze w Malezji…cóż…sezon deszczowy to i deszcze muszą być. Zatrzymałem się u kolegi mojego ojca – Sabri Indus, a dokładnie pomieszkiwałem w jego pracowni. Miasto jak miasto – wielkie i wielką ilościa wierzowców ale jako, że jestem entuzjastą różnego rodzaju środków transportu musze wspomnieć tutaj o kolejce miejskiej, która suneła bez motorniczego przez całe miasto, czasami pod ziemią, czasami na ziemi, w większości nad ziemią na wysokości…hmm.. 5 pietra. Dzięki temu zreszta zobaczyłem, że w samym Kuala Lumpur – za dnia - jest o wiele wiecej wiekszych, i bardziej imponujących budynków niż znane wszystkim 2 bliźniacze wieże . W nocy jednak….ahh… 2 wieże imponują! Bardzo!.
Dzięki Sabri poznałem troche także troche Malezyjskiej sztuki i spędziłem dużo miłych chwil w jego towarzystwie za co dziękuje serdecznie.
Następnie ruszyłem w kierunku Australii, gdzie cyklon Yasi zaczynał zbierać swoje żniwa, do miejsca zalanego powodzią jedną z wiekszych powodzi 2 tygodnie temu… aby POLATAĆ bo siedząc w Bangkoku zdałem sobie sprawę, że ja chce latać. A skoro tego chce to trzeba jechać do miejsca gdzie moge latac. To i brak świadomości jaki jest dzień od 3 miesięcy bo każdy jest niedziela jest czymś niewyobrażanie zajebistym.!!! Niech żyje ja – który podjął tą decyzje życiową mimo sraczki ze strachu co ze mną będzie w dniu składania wypowiedzenia z pracy.

Thursday, January 27, 2011

10 dni w kambodży

DSC_8716Po przekroczeniu granicy Tajlandzko Kambodżańskiej Sebastian słusznie stwierdził, że autobus jedzie po prawej stronie – po tej dobrej stronie. Po czym poczułem się dziwnie, bo właściwie z 2 tygodniową przerwą od pół roku przebywam w krajach, w których jeździ się po lewej stronie – w tym 3 miesiące sam uczestniczyłem w ruchu lewostronnym. Dlatego zacząłem się zastanawiać, która strona jest dla mnie w tej chwili ta dobra, przyzwyczaiłem się do lewej całkowicie, ale prawa też nie jest mi obca…. poczułem się dziwnie.

Drogi w kambodży sa wyjątkowo dobre, główne wręcz idealne patrząc się na ogólną biede w kraju. Chyba dlatego, że specjalnie ruchu nie ma, przeważnie pusto – nie licząc motorów i rowerów – których i tak też nie jest za dużo. Mimo wszystko średnia prędkość dalej mieści się w granicach 50km/h gdyż non-stop trzeba uważać na debili.

DSC_8826Siem Rep, miasto wygląda tak samo jak tysiące innych azjatyckich miast, syf, bieda. Jedno co razi prosto w oczy to wszędzie bogate, wielkie , drogie hotele, gdzie prawdopodobnie przyjeżdzają obżydliwie bogaci turyści w celu oglądniecia jednego z cudów swiata – Ankor Wat.

Jedzenie wyśmienite i niesamowicie tanie, właściwie wszyscy trzymali się cen 1$.. wszystko tam można było dostać za 1$, cena tuk-tuka też 1$ niezależnie gdzie chciałeś jechać….czasami 1$ od osoby, hehe, czyli łącznie 2$…. Hotel też znaleźliśmy za 3$ za pokój 2os. Chyba najtańsze miasto w którym byłem kiedykolwiek.

Tuktuki w Kambodży wyklądają zupełnie inaczej niż w Tajlandii, gdzie są to specjalne pojazdy. Tutaj jest to zwyczajny motor, do którego podłączona jest przyczepa, na której można siecieć, leżeć, co się chce.

DSC_8594Sam Ankor Wat…. można porównać do wielkiego parku zieleni, z drogami, jeździ się od miejsca do miejsca i zwiedza ruiny. Może na zdjęciach wygląda niesamowicie, ale jak sie tam jest, z bliska kupa kamieni, gruzu. Nic nadzwyczajnego. (Oczywiście tutaj zaraz wszyscy zaczną się oburzać ale co tam..takie moje zdanie – Porównując do Tadź Mahal, gdzie oglądało się z otwartą buzią Ankor Wat nie warty splunięcia).

Można kupić bilet na 1-2-3 dni, oraz na tydzień. Cóż, wybraliśmy 1 dniowy DSC_8589bilet i już po 4 godzinach oglądania ciągle praktycznie tego samego mieliśmy dość. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie 3 dni albo tygodnia spędzonych tam. Może jeszcze raz…jestem ignorantem.

Sama główna , najwieksz świątynia Ankor Wat oblegana jest przez turystów tak samo jak i inne cudy świata…Jest ich tam tysiące, zachód słońca na tle ruin – przeciętny.

Trochę zdjęc – jak wszystkie z Kambodży zrobione przez Sebastiana Zacnego.

DSC_8605

DSC_8644

 

DSC_8658

DSC_8665

DSC_8673

DSC_8655DSC_8747

Wioska na jeziorze, gdzie ludzie żyją, uczą się, pracują. Chcesz? Możesz to zobaczyć, jedyne 20$ za przejażdżkę łodzą. Co? Drogo? Panie, ja tutaj prowadze biznes. Nie da się taniej…. Ok 15$… Nie to nie…. dobra 12$. I ruszyliśmy…pierw rzeką gdzie widać było domy stojące na belkach drewnianych opartę o wały, później wpłyneliśmy do jeziora gdzie domy pływały, gdzie szkoły pływały, gdzie sklepy pływały, gdzie boiska koszykówki pływały. Dobiliśmy do jednego ze sklepów, gdzie wszystko było niesamowicie drogie a w koło życie biedaków toczyło się jak każdego dnia…wolno, bez stresów i mając całkowicie w dupie tych turystów, którzy tu się przypałentali.

DSC_8759DSC_8761

DSC_8767DSC_8768

DSC_8776

Fakt, jedna, czy dwie łodzie podpłynęły i zdaniem na ustach “wonder please”, …Jaki cud? O co im chodzi…”wonder please”….”wonder please”…”one dolar please”…. Aaa…rozumie, myśle, że za pare lat – jak gościu rozwinie swój biznes transportowania turystów ludzie uświadczą tego “cudu prosze” więcej.

 

Acha… zapomniałbym. Kambodża jest krajem, w którym krążą 2 waluty, lokalna “Riel” oraz amerykański dolar. Przelicznik jest prosty 1 do 4000 i raczej nikt tu się nie martwi o zmiany w kursie bo maja to raczej wszyscy gdzieś. W sklepach ceny sa czasami w dolarach, czasami w Rielach. Coś kosztuje 0,25$, dajesz dolara, wydają cy 3000 Rielow, dajesz 10$, wydają ci 5$ oraz 19 tyś Rielow…heheh…i teraz połap się w tym wszystkim…

Przed moim pierwszym zetknięcu z bankomatem zacząłem obliczać ile powiniem wypłacić,…hmm….niech bedzie 400zł, czyli jakieś pół miliona Rielów….chyba,… Problem się rozwiązał, gdy okazało się, że bankomany wypłacają tylko dolary. hehe

 

IMG_2921

Co ja tam pisałem, jedzenie jest wyśmienite? Hmm.. Chcesz, możesz zjeść pająka. Chcesz możesz zjeść innego robala, mnóstwo rodzaju ryb i stworzeń morskich, na targu jest tego mnóstwo.. Szkoda tylko, że zdjecia pojechały razem z Sebastianem do Wietnamu, jak wróci to bedzie co oglądac.

Następnie odwiedziliśmy Phnom Penh, stolice, która jeszcze nie tak dawno była całkowicie wysiedlona przez Czerwonych Khmerów, w latach gdy ja byłem w brzuchu mamy, lub już na tym świecie oni mordowali, zabijali …swoich. Zgineło jakieś 2 miliony ludzi w tym kraju, tylko dlatego, że…bo tak….smutne.

IMG_2942W mieście spotkaliśmy Gwendolyn, niemkę zakochaną w Kambodży. Kolejny dzień z rzędu picia, tym razem przy rzecze w srodku miasta mnie troche wykańczała, ale Sebastian, który dalej odczuwał jet-laga był na pełnych obrotach….dopiero 2 dni później padł jak kłoda…. Przy okazji, tamtego wieczoru przypałentał się jakis Kambodżanin, który wygląda raczej na pedała, (choć kto wie), i po jakimś czasie zoriętowałem się, że chyba ma na mnie ochotę. Po czym uciekliśmy mu. Na zdjęciu , niewiadomo skąd, nagle się pojawił przy mnie.

IMG_2983Kolejnego dnia stwierdziliśmy, że pojedziemy na wycieczkę poza miasto, do starej stolicy Kambodży, wypożyczyliśmy motory za 4$ dziennie i włączyliśmy się w ruch w azjatyckim mieście. Ten kto był w azji wie o czym mówie. Ruch, w którym nie ma zasad, ruch w którym działa zasada, masz więcej odwagi lub jesteś większy to szybciej przejedziesz przez skrzyżowanie…. było….było…. nieeesamowicie zajebiście.! Przeżyłem, choć z paroma upadkami

Poza miastami…sami widzieliście, ale raczej źle zrozumieliście, biednie jest, ale widać, że ludzie tam nie umierają z głodu, siedzą sobie i odpoczywają, prawdopodobnie zadowoleni z zbiorów ryżu, czy napici kokosami, które można znaleść praktycznie wszędzie, lub innymi owocami… Może się myle, nie pytałem, nie czytałem, ale tak to wyglądało.

DSC_8832DSC_8835

Na koniec odwiedziliśmy Sihanoukville, nad oceanem, gdzie cała ameryka, anglia się bawi na całego, gdzie tysiące starych pryków przyjeżdza aby znaleść sobie młodą dupe Kambodżankę, z która specjalnie nie ma jak rozmawiać ale może uprawiać sex. Dla większości lokalnych ludzi te miejsce jest stanowczo za drogie, bo ceny….Polskie. Cóż…szkoda troche, powinni mieć jakieś swoje miejsce gdzie mogli by wypocząć.

IMG_3000Tam zostałem się z Sebastianem, który wpadł ja debilny pomyśł, wypożyczenia motoru i pojechania (a właściwie odwiezienia go) do Wietnamskiej granicy… Dwóch wielkich facetów + bagaż na małym motorku, przez 5 godzin przez Kambodże… Dodatkowo ja się niespecjalnie czułem. Kurwy leciały co 5km. No i się dowiedzieliśmy dlaczego przy drogach co kilometr stoją butelki coca-coli z moczem. Ten mocz to benzyna. A stoi dlatego, ze jak się jedzie motorem, to przewaznie co 50km trzeba zatankować a stacji benzynowych tam dużo nie ma…… W czasie naszej drogi i mojej powrotnej, odwiedziłem ten przydrożne mini stacje z 6 razy… Jak nasza droga wyglądała, jak się zakończyła? Jak wyglądała granica Wietnamska…to osobna historia.

Koniec, sorry za błedy, później sprawdze.

As you probably know, English version will be later.

Saturday, January 22, 2011

Wieś kambodżańska

Tymrazem tylko zdjęcia, zrobione w wiekszości przez Sebastiana Zacnego
Wycieczka na motorach po wsiach Kambodży.

This time only pictures made mostly by Sebastian Zacny.
Motobike trip trought Cambodia’s countryside.

IMG_2916

IMG_2924

IMG_2949

IMG_2952

IMG_2972

IMG_3020

IMG_3029

IMG_3030

IMG_3031

IMG_3032

IMG_3033

IMG_3035

IMG_3038

IMG_3039

IMG_3065

Sunday, January 16, 2011

Bangkok

Po dwu dniach w podróży z Pokhary do Bangkoku w końcu wysiadłem z samolotu skierowałem się do miejsca gdzie wydają wizy “on arrive”. Po wypelnieniu formularzu wraz ze zdjęciem stanąłem w kolejce gdzie Tajski emigration officer sprawdzał wszystko i wbijał wizę do paszportu. Niestety. Mi nie wbił, pokazując na kartkę, że musze mu pokazać bilet powrotny do kraju. Na nic zdały się tłumaczenia, że zamierzam jechać do Kambodży, Malezji. Był twardy i praktycznie nie znał angielskiego. Nad jego okienkiem świecił neon, “jeżeli potrzebujesz pomocy, pójdź do okienka po prawej”. Tak też zrobiłem, ale tam też odbiłem się od ściany. Zrezygnowany pochodziłem sobie po międzynarodowym terminalu w poszukiwaniu jakiejkiegokolwiek biura linii lotniczej z zamysłem aby kupić jakiś bilet lotniczy. Nie znalazłem nic. Wtedy przypomniałem sobie o tym, że mogę zrobić taki sam przekręt jak z wizą do Indii. Odnalazłem kafejkę internetową, wszedłem na strone esky.pl gdzie zarezerwowałem bilet z Bangkoku do Malezji, wybierając opcje – przelew. Dostałem mailem potwierdzenia zarezerowania biletu i prośbę o przelew. Wydrukowałem to i wróciłem do kolejki do emigration officera. Popatrzył się na kartkę, na której było wszystko po polsku, znalazł numer lotu, godzine, po czym wbił mi wizę do paszportu i w końcu po 2-3 godzinach spędzonych na lotnisku mogłem wkroczyć na ziemie Tajlandii.
Bangkok mnie przyjął bardzo miło! Cywilizacja, żadnych problemów z znalezieniem transportu (busa) do miasta, zadnych problemów z hotelem (tanim!). Super atmosfera, fantastyczne jedzenie!. Przepakowałem się i zostawiłem paralotnie w jednym z hotelowych przechowalni (2zł doba). Wieczorem, po szaleńczej nocnej jeździe tuptupem po Bangkoku wszedłem do pussy landu… Najlepsze pussy show w mieście (wg. drivera), gdzie Tajki pokazywały co kobieta może zrobić przy pomocy swoich narządów płciowych, a na koniec godzinnego show-u zaserwowano nam sex Tajki z Tajlandczykiem na scenie z happy endem.
Następnego dnia ruszyliśmy z Sebastianem autobusem do Kambodzy. Rano około 8, gdy czekaliśmy na mini bus młodzi anglicy właśnie wracali z imprezy z Tajkami, ledwo trzymając się na nogach ciagneli do pokoji…hehehe, cóż,raczej to były wyrzucone pieniądze w błoto przy ich stanie upojenia.
Wybaczcie – post był pisany bardzo szybko, zdjęcia później, wszystko później.

My broken English version:


After two days of traveling from Pokhara to Bangkok  I got off from the plane and headed to the place where i can get visa of arrive. After filling out the form with a picture I stood in line for Thai Emigration officer which been checking everything and stucking a visa in the passport. Unfortunately. I did not get visa, He pointed to a card where was written that I have to show him a return ticket home. I was traing to explain him that I intend to go to Cambodia, Malaysia, take a train, bus, not flight - what's why i don't have it. He was tough and knew practically no English. Above the neon glows, "if you need help, go to the right side and ask."  I did it, but it was like bounced off the wall. Resigned came after i couldn't find on the international terminal any airline office  with the idea to buy a airplane ticket to anywhere from Thailand. I have not found anything. Then I remembered that I could do the same scam as with India visa. I found an Internet cafe, I went to the page where I booked ticket from Bangkok to Malaysia, selecting payment options - bank transfer. I got email confirmation and request for payment transfer. I printed it and went back into the queue for Emigration Officer. He looked up at the paper, which was all in Polish, he found flight number on it, then put isa in my passport. Finally after 2-3 hours spent at the airport I was able to enter the land of Thailand.
Bangkok welcomed me very nice! Civilization, no problems with finding transportation (bus) into town, no problems with the hotel (cheap!). Great atmosphere and fantastic food!. Repacked and left to hang gliding in one of the hotel  (price 0,5 EUR per day). In the evening, after crazy tup-tup night ride I went to Bangkok - Land of pussy ... Into the best pussy show in town (according to the driver), where Thai showed what a woman can do with their genitals and finally, at the end served us the public sex on stage with a happy ending.
Next day we went with Sebastian bus to Cambodia. Morning around 8 when we waited for the mini bus, young English men just returned from a party with Thai girls, barely walking and holding haft empty buttle of wiski.. hehehe, well, rather, It was rather waisted money i would say.



Rodzina Mitchelów

Po 2 miesiącach spędzonych w Pokharze niezmiernie cieżko było mi opuszczać to miejsce, nie z powodu pięknych gór, nie z powodu latania na paralotni ale ponieważ musiałem opuścić hotel garden prowadzony przez rodzine Mitchelów.
Miejsce pełne ciepła, które można od razu wyczuć po 5min. rozmowy z Johnem. Po 2 miesiącach jest się najlepszym kolegą Camerona, 7 letniego syna, który przesiadywał z tobą całe wieczory gadając o pierdołach. Maya – żona – Nepalka zawsze pomoże, tak jak i cała rodzina od jej strony, Dipesh zawiezie, Promis zrobi wspaniałe jedzenie. Podpowiedzą co, gdzie i jak, za ile, pomogą gdy
No ale trzeba jechać, poznać inne kraje, w końcu to ma być podróż.

My broken English version:

After 2 months spent in Pokhara It was very hard to me to leave this place, not because of the beautiful mountains, landscape, not because of paragliding but because I had to leave the Hotel Garden run by the Mitchell's family.
Place full heat, which you can immediately feel after 5min. conversations with John. After 2 months Cameron, 7 year old son becomes yours best friend, which keeps you company whole evenings talking about trivialities. Maya - wife - Nepalis wife always help, as well as the whole family on her side, Dipesh will take you wherever you want, Promis do great food. They will tell you, what, where and how much cost stuff in Nepal,  they will help always.

But...i need to go, to see other countries, in the end this suppose to be a journey.


Troche filmów z powietrza zrobionych przez mojego finskiego kolegi.
Now a bit of movies made by my friend from Finland :-)