Saturday, November 27, 2010

Droga do Nepalu (filmy)

Po kilku dniach ładowania filmów oto trzy z nich, pierwszy pokazujacy zazdę Indyjskim autobusem, drugi i trzeci już w Nepalu. / After few days of uploading movies here you have tree of them, First shows you Indian bus, rest of them are in Nepal. Enjoy.

Friday, November 26, 2010

Varanasi


I've got so much to show you...so much pictures and movies... but internet is so slow here that each move upload take hours, hours and hours...

Monday, November 22, 2010

Indie–kiedyś musiało być fajnie

IMG_0698

To już ostatni wpis podsumowujący Indie. Jak już zauważyliście jestem na nie, ale trzeba postawić tą kropkę nad "i" i opowiedzieć o architekturze. Ludzie mówili mi, wyłącz się, nie zauważaj jak to wygląda teraz, wyobraź sobie jak to musiało wyglądać dawno temu a poczujesz magie Indii.

Muszę powiedzieć, że Taż Mahal mnie nie zawiódł, imponująca budowla zapierająca dech w piersiach, zupelnie coś innego niż europejskie budowle. Na tle nieba, bez zadnego towarzystwa, zbudowana po to aby być podziwiana. Wielka atrakcja Indii. Cóż, dla samego Tadż Mahala warto było odwiedzić Indie.

 

IMG_0558

Albo Amber Fort, (tutaj lepsze zdjęcia), siedziba macharażdzy. Piękna rzecz, zbudowana z rozmachem, z wykorzystaniem tylko najlepszego budulca jakiego dało się zdobyć, sprowadzane z całego świata. Pomyśleć jak to musiało wyglądać dawniej…

IMG_0395

Albo Jairpur, różowe miasto. Piękna architektura wokoło, powyżej, a na ziemi, brud, smród i Hindus.

Może jestem uprzedzony, może zwyczajnie nie umie się “wyłączyć” ale dla mnie całość jest ważna. To co widze w Indiach to “pięknie i bogato BYŁO, syfiasto JEST TERAZ. Mogę to tylko porównać do zniszczonych kamienić we Wrocławiu. Raczej nikomu w Indiach nie poleciłbym podróży przez pół świata aby zobaczyć jak pięknie było, poleciłbym aby zobaczyli rynek, gdzie wszystko jest wyremontowane, czyste, zadbane.

Koniec na temat Indii.. Nastepne posty już o Nepalu gdzie jestem I zamierzam posiedzieć długo.

English Version: This is last post about India, sorry guys, I needed to write all before I’ll lost, now. I’m gonna translate all that post in English, and then, next post will be about Nepal , where I am right now.

Saturday, November 20, 2010

Indie–ludzie

Siedzę sobie w małej przyjemnej restauracji przy naszym hotelu w Nepalu czekając na śniadanie i postanowiłem napisać małe podsumowanie naszej wycieczki po Indiach. Muszę tutaj zaznaczyć, że jest to moja subiektywna opinia powstała na podstawie naszej wizyty w Delhi, Ambra, Jairpur, Agra i Varanasi. Jednakże niewiarygodnie spójna z opinią  mojego ojca oraz poznanych 3 podróżników oraz co najmniej kilku ludzi z Europy siedzących tutaj w Pokharze/Nepalu. W ręką na sercu trzeba też przyznać, że poznałem parkę z Hiszpanii, która była zachwycona Indiami, tak jak i “moje dziewczyny” z Polski.
DSCF6168Ludzie. Hindusi. Z określeniem “brudasy” spotkałem się już bardzo dawno temu. Wchodziło do do mojej głowy jednym uchem, wychodziło drugim z dopiskiem “przesada”. Po tym co widziałem, czego doświadczyłem muszę się całkowicie zgodzić z tym określeniem. Nie chodzi tu o tyle, że śmierdzą, ale co robią w około siebie. Do tej pory myślałem, że każdy człowiek dąży do tego aby żył w otoczeniu czystości, braku smrodu, że nawet jeżeli wyrzuci jakiś śmieć to chociaż najpierw rozglądnie się czy nie ma w pobliżu kosza na śmieci, zanim się wysika pod chmurką, to poszuka kibla albo DSCF6169chociaż miejsca oddalonego od ludzi. Hindusi tego czegoś nie maja. Leja gdzie popadnie. Byłem światkiem jak na wielkim rondzie panowie stawali samochodami, podchodzili pod murek , zrobili swoje i wsiadali ponownie do samochodu, nie zwracali uwagi na przechodniów czy ludzi stojących obok. Śmiecia natomiast należy sie pozbyć jak najszybciej aby przypadkiem nie przykleił się do rączki, najlepiej ostentacyjnie rzucić za siebie. Hehe. Misiek ma sklepik, serwuje jedzenie, picie, jakieś przekąski. Wydawało by się, że jak człowiek spędza większość dnia w tym miejscu to nie przejdzie na drugą strone ulicy i nie wyleje się ani nie wyrzuci śmieci metr od swojego sklepu. Błąd! To się dzieje. Tak się zachowują. I jak takich ludzi określić?
Druga sprawa to jakaś niesamowita siła wyższa przekonała ich, że turysta to studnia pieniędzy bez dna, krowa, która jak nie wydoisz to będzie się źle czuła i nikt i nic ich nie przekona że tak nie jest. Na każdym kroku chcą cie wydymać, wykorzystać i nie ma to nic wspólnego z targowaniem się.
DSCF6046Rikszarze ustalają cenę a na koniec zmieniają ją i wykłócają, nie rzadko angażując w to innych kolegów hindusów. Stąd pewnie na lotnisku w Delhi powstały taksówki prepaid, gdzie płacisz w okienku a taksiarz nie dostaje nic. Nic, w sensie – zawsze należy się napiwek, lepsza usługa, większy napiwek, nie dobra usługa, zerowy napiwek... hehe, nie, nie, nie zerowy, mniejszy napiwek. Gdy Pan Hindus uważa, że wykonał lepszą usługę robi wielkie oczy i trzyma rączkę dalej.
W pewnej restauracji zamówiliśmy obiad dla dwóch osób na łączna kwotę mniej więcej 500 rupi (co i tak jest drogo jak na warunki, w których byliśmy). Kelner – hindus pyta się grzecznie czy nie chcemy czegoś do picia, np. piwo. No pewnie, że chcemy, ale pierwsze pytanie zawsze musi być “a ile kosztuje?” Poważny Hindus odpowiada: 400 rupi. Patrzę się na niego i sam nie wierze co słyszę. (to jest jakieś 25 zł) Po chwili gdy zdołałem ochłonąć podziękowałem za tą przyjemność na co zdziwiony kelner pyta się “czy uważa Pan, że to jest drogo?” z pełną powagą i przekonaniem, że to jest tanio. Musze przyznać, mają tupet.
“Porter” na dworcu w Indiach, przeważnie młody człowiek z blaszaną odznakąDSCF5332 przywiązaną sznurkiem przez ramie (biceps), przeważnie w czerwonej koszuli. Zaczepia cię przed dworcem. Pomoże Ci. Pytanie klucz, zamiast dzień dobry – Namaste – Za ile?. 100 rupi (6zł). Pytasz się, jak mi pomoże? Jaką usługę dostane w zamian? Cisza. Hinduski bełkot. Czy mówisz po angielsku? Ale odpowiedz mówi sama za siebie. Nie mówi. Ale “one hundret rupis” zna, i powtarza jak mantrę. Poterman, Help. No dobra... niech mu będzie, bierzemy chłopaka. Zakłada plecak, patrzy się na nasz bilet w większości wypełniony szlaczkami hinduskimi i idziemy na odpowiedni peron i tor. Tam (czyli po jakieś 25m) wypowiada następną wyuczoną formułkę “stay here” i wyciąga rączkę, hehehe... Nie, nie, nie. Zapłacę jak już będziemy w odpowiednim pociągu, na odpowiednim miejscu. Zniechęcony człowieczek bulgocze coś i znika. Ale wróci!. Pięć minut przed przyjazdem pociągu pojawia się ponownie, widzę, że przyprowadził sobie następnych turystów. Czekają na niego, czekają z bagażami. Pociąg podjeżdża. Mistrz bełkocze, widzę, że chce abym ja swoje bagaże wtargał do pociągu bo on ma do przeniesienia bagaże turystów obok. Uśmiecham się i kręcę głową. Nie, nie, nie. Pociąg staje i zaczyna się jazda. Chłopak bierze bagaże naszych białych turystów, biegnie, znika w pociągu, po chwili wypada z niego i biegnie z naszymi bagażami do wagonu obok, pokazuje nam miejsca i zadowolony z uśmieszkiem wyciąga rączkę. Dostaje umówione 100 rupii.  Czeka dalej, widać niezadowolony. Napracował się chłopak....
Hindusi takiego zachowania uczą się od małego, w turystycznych miejscach maluchy ganiają i cały dzień zaczepiają białych i chcą im sprzedać jakieś drobne, małe pamiątki. Jak mantrę powtarzają one hundet rupis, one hundet rupis, one hundet rupis, buy, buy, buy. Chodzą za tobą i nie dociera do nich nic. Myślisz sobie nawet, “udam, że ich nie widzę”. Hehe. Głupi europejski turysto. Nie takie numery oni widzieli. Nic nie pomaga. Myślisz sobie. Dobra. Użyjmy drastycznych metod, krzyczysz “SPIEEEERDALAAAJ!” a on? Patrzy się, otwiera szeroko oczy...chwila ciszy i.... one hundret rupis, buy, buy....buy.
Myślę jednak, że najgorszą zgnilizną jest to, że administracja kraju, rząd czy kto tam jeszcze także pokazuje im, że turysta to bogacz, którego trzeba naciągać. Do wszystkich (no dobra... prawie wszystkich) miejsc, gdzie trzeba zapłacić za wstęp masz osobne ceny dla hindusów, osobne dla obcokrajowców. I tak. Hindus 10 rupii, Biały 200 rupii, Hindus 10 rupii, Biały 250 rupii, Hindus 10 rupi, Biały 750 rupii (Tadż Mahal).
Jednak w tym motłochu można znaleźć jednostki bardzo miłe, fajne i ciekawe. Oto student szkoły muzycznej, gry na bębnach, który codziennie wraca na wieś do domu rodziców pomagać im, oraz drugi, lalkarz, ojciec 2 dzieci, oboje po 21,23 lata. Codziennie wieczorem w hotelu rozkładają mała scenę i czekają na ludzi aby rozpocząć przedstawienie. Słowo klucz “Za ile?” . Ile chcesz, tyle dasz – odpowiedź. Ale my już znamy te numery, prawda? Nie dzisiaj, jutro... mimo wszystko gadamy, spędzamy wieczór miło. Następnego dnia dwie amerykanki siadają ostentacyjnie na 2 przygotowanych krzesłach i czekają na przedstawienie. Dołączam się. Zbiera sie tłumek. Zaczynają.....kończą. Tłumek się rozchodzi. Panowie zostają bez niczego, amerykanki targują sie o cenę lalki ale widać, że chyba nic z tego nie będzie. Tak. Benek im z przyjemnością dał 200 rupii. Mili, nie nachalni, cisi....



My poor English version:


I'm sitting in a small nice restaurant near our hotel in Nepal waiting for breakfast and decided to write a short summary of our trip to India. I must note here that this is my subjective opinion is based on our visit to Delhi, Ambra, Jairpur, Agra and Varanasi. However, the incredibly consistent with the opinion of my father, three travelers got known during our trip and at least a few people from Europe which we met  here in Pokhara / Nepal. But i must also admit that I met a pair from Spain, who was delighted of India, as well as "my girls" from the Polish.
People. Indians. I met long ago the term "sloven". It entranced to my head with one ear, came out second with a note "exaggeration". Well, After what I saw,  what I have experienced I have to completely agree with this definition. It doesn't mean that their stink, but what they're doing around them self. Until now I thought that every person wants to live in a clean environment, lack of bad smells, and even if he trow some piece of junk, first he  look around himself, try to find trash bin nearby, before he piss under a cloud, he will try to find toiler or even place away from the people. Indiansdo not have that thing. They piss everywhere!!! I was a witness on the big roundabout, gentlemen got out from his car, went to the wall, piss and then got back to car, He didn'tpay attention to pedestrians or people standing next to it. Rubbish/Trashes you should get rid of as soon as possible because it can stuck to your hand, preferably would be if you ostentatiously throw it back. Hehe. One man has a shop and serves food, drinks, some snacks. It would seem that when a person spends most of the day in this place he will not getting to the other side street and did not piss, he will not  throw trash/garbage one meter from his shop.  Wrong! In India it happens. So behave. So, how we can discribe this kinds of people?


The second issue is an incredible force which convinced them that the tourist is a bottomless well of money, a cow, which, gives you as much milk as you want and nothing can convince them that it is not true. At every step they want to fuck you out, use, and it has nothing to do with bargaining.
Rickshaw men agree price but at the end of he change the price and argue, often involving the other fellow Indians in. Probably because osf that at the airport in Delhi their created a prepaid taxi, where you pay in the window and taxi man  not get any cash to hand. Nothing, in the sense - he get always a tip, better service, higher gratuity/tip, not good service, zero tip ... hehe, no, no, no zero, a smaller tip. When the Mister Indian feels that he had done a better service he makes a big eye and keeps his hand still on.
At one of restaurant we ordered a dinner for two persons. The total amount was more and less 500 Rs (which is expensive considering the conditions in which we were). Waiter - Indian asks politely if we do not want something to drink, such as beer. Well, of course, that we want, but the first question must always be "how much?" Serious Indian told us: 400 Rs. I look at him and i did not believe what I hear. (That is, about 8$) After a while when I was able to recover I thanked for the beer but waiter asked, "do you think that it's expensive?" With complete seriousness and conviction that it is cheap. I must admit, have a lot of nerve.
"Porter" at the station in India, mostly young man with a tin badge attached to his frame (biceps), mostly in the red shirt. Grabs you from the station. It will help you. The key question, instead of good morning - Namaste - How much?. Rs 100 (2$). You ask how he will help me? What kind of service I get in return? Silence. Indian gibberising. Do you speak English? But the answer speaks for itself. He does not speak. But "one hundret rupis" he knows, and repeats like a mantra. "Poterman, Help. Okay?" ... let it be, i take the boy. He takes my backpack, looking at our ticket and go to the appropriate platform and track. After some 25m  speaks next adapted formula "stay here" and pulls out his hand for the money, hehehe ... No, no, no. I'll pay as we will be in good train, at the right place. Disheartened man gurgles something and disappears. But he will come back!. Five minutes before the arrival of the train appears again, I see you brought with him also another travelers with luggages. The train pulls up. Porterman babbling, I see that he want to take their luggage and force me to take my on my back. I smile to him. No, no, no! The train stops. He takes in the rush bags of other tourists, runs, disappears on a train and after a while is out again. he runs with our luggage to our coach , showing us the place. Finally he smiles pulls the hand. Money. I give him 100 rupees. He still wait, you see his unhappness. 
Indians learn this behavior from the small boy, from the beggining, in tourist areas small Indians chasing white turists all day long and they want sell them some small, small souvenirs. They repeat the mantra "one hundet rupis, one hundet rupis, one hundet rupis, buy, buy, buy". They follow you and it doesn't reach to them, that you don't want to buy. You think to yourself,  "I'll pretend that can't see them" Hehe. European Visitor  - stupid man!. This doesn't work on Indian's kids. Nothing helps. You think to yourself. Okay. Let us use drastic methods, you scream, "FUCK OFF!" And he? He looks up to you, opens his eyes wide, moment of silence ... and. ... "one hundret rupis, buy, buy .... buy".
However, I think the worst is that the administration of the country, the government also shows them that the tourist is a rich man, who must be used. For all (well ... almost all) places where you have to pay an entrance fee you have separate prices for the Indians and foreigners. And so. For Indians - 10 rupees, White  - 200 rupees, Indians - 10 rupees, White - 250 rupees, Indians 10 rupees, White, 750 rupees (entrance to Taj Mahal).
However, in this mob can be found a very nice units, nice and interesting. Here is a music school student, playing the drums, which returns to the village every day to help his parents, and second, a puppeteer, the father of two children, both are 21, 23 years. Every evening at the roof of hotel they create the little scene and wait for people to start the show. Key word, "How much?". You will give as much you want - the answer. But we already know those tricks, right? Not today, my man, tomorrow ... but after all, we talk, we spend the evening nicely. We play together on the drums. The next day, two American women sit ostensibly on two chairs which was ready for audience and the show has started. I join. Crowd get  gathers. They start, they finish ...... Crowd goes out. Gentlemen stays, says nothing, but noone give them nothing, American woman haggle on the price of the doll but I can see that probably nothing will come of it. Yes. Ben gives them 200 rupees with happyness. Nice, not impudent, silent Indians....I like them

Pokhara - Nepal - Pierwsze latanie

Witam.... posty niechrologicznie zamieszczam (do Indii jeszcze wróce) ale nie mogłem się powstrzymać, dzisiaj był mój pierwszy dzień latania w Nepalu. Było suuper :-) Oto mój lot:

Hello, my post are non-chronologically (i will come back to India in next post) but i couldn't keep from posting this, today was first flying day in Nepal...It was super fantastic nice :P Here is my flight:

Thursday, November 18, 2010

New Delhi

DSCF5036New Delhi. Miasto jak ta kobra do której gra hindus. Wchodząc do niego zaczynasz niebezpieczną gre, grę o przeżycie, na początku jesteś przerażony, to jest takie pogrywanie z wężem, który w każdej chwili może cie dziabnąć. Nie będziesz uważał – stracisz bagaż, pieniądze, może i życie? Każdy chce cie wykiwać i zarobić niebotyczne kwoty a jak jesteś biały to w ogóle, chodząca skarbonka – studnia bez dna, krowa, która można doić bez końca.
Po pewnym czasie jednak zaczynasz zauważać, że ta kobra to raczej Cie nie dziabnie, bo hindus pewnie zęby jej wyrwał czy inną sztuczkę zastosował, że pewnie naćpana jak większość tego wielkiego miasta. Jak wiesz gdzie iść, co ile kosztuje, czego unikać sprawa nabiera zupełnie innych kolorów. Zaczynasz przekonywać się do straganów z jedzeniem a nie drogich restauracji...
DSCF4901Wszystkie miasta w których byłem do tej pory miały zupełnie inny charakter, nawet te afrykańskie, były dzielnice ubogie, brudne, śmierdzące z rozwalającymi sie budynkami ale także dzielnice bogate, gdzie z przyjemnością można było się przejść. Delhi jest jeden wielki plac budowy, gdzie przez 10 metrów widzisz budynki rozpadające się, bez ścian, jak po wojnie a gdzie niegdzie jakaś (nazwijmy to) pląba – budynek pięknie wyremontowany, zachęcający do wejścia. Między budynkami pajęczyna kabli – prąd? telefony? coś jeszcze? trudno powiedzieć.
DSCF4910
Sklepy, chciałoby się pójść do jakiegoś supermarketu czy mini-marketu gdzie tanio nakupisz sobie jedzenia i picia... hmm. Długo w Delhi nie byłem ale raczej tego nie ma. Są tylko wszędzie maleńkie sklepiki, przepraszam, wnęki bez przedniej ściany gdzie siedzą hindusi i oferują produkty spożywcze jak i wszystkie inne. Wszystko upchane, schowane także nie zobaczysz co możesz kupić, masz potrzebę, podchodzisz i pytasz się czy maja... no i za ile mają.
Smog otaczający całe miasto ogranicza widoczność, nie pozwala się przebić do końca promieni słonecznym, powoduje, że po pewnym czasie w nosie masz czarny osad. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem tego i możecie tylko sobie wyobrazić jak bardzo chciałem zobaczyć niebieskie niebo z chmurami. Wyjeżdżając z miasta czekałem z utęsknieniem. 10km, 20km, 50km, 100km. Uff... W końcu go już nie ma.

My poor English version:


New Delhi. City as the cobra to which Indian played in last movie. When you go in then youstart a dangerous game, a game of survival, at the beginning you're scared, it is like play with the snake, which may hit you at any time. If you won't watch out - you will lose your luggage, money and maybe your life? Everyone wants cheat you, earn exorbitant amounts of money and if you're white, you are like cow which gives free milk for everyone.

After a while you start to notice that the cobra won't hit you because Indian probably broke her teeth and applied a different trick and snake is stoned, like most of this great city. If you know where to go, prices, what you should avoid, the city changes his colors. You start to convince to food at the stalls...
All cities in which I have beed had a completely different character, even those African citys had  poor, dirty districts but also the rich ones where you can walk with pleasure. But Delhi is one big construction site, where you can see the crumbling buildings, no walls, and after that a beautifully renovated building (in most cases some hotel). Electrict wires all over the place like a spider web between the buildings - electricity? phones? anything else? hard to say.
Stores. You would like to go to a supermarket or mini-mall where you buy cheap food and drink ... hmm. I wasn't long time in Delhi but i have to say FORGET IT, there is no such stores. They are everywhere, small shops, sorry no shops, something without front wall where Indian sits and offer food as well as all the others stuff. All stuffed, hidden, you won't see, you have to ask for it... , and of corse magic question: how much?

Smog surrounds the entire city, it limits visibility, Solar rays cannot get through. After some time in your nose you have black precipitate. For the first time in my life I experienced this and you can only imagine how much I wanted to see the blue sky with clouds. I've got out of town, waited for sky... 10km, 20km, 50km, 100km. ... Finally, Smog disapeared.

Ruch drogowy

DSCF4957
Siedzę właśnie w wspaniałej konstrukcji firmy TATA, samochodzie wielkości Matiza i jadę z Jaipur do Agry autostradą Indyjską. Jest niedziela i ruchu specjalnie nie ma co wpływa bardzo pozytywnie na moją psychikę europejczyka. Pokonywanie tej trasy teraz wygląda bardziej zniżone do Europejskiego standardu. Dwa dni temu gdy jechałem z Delhi do Jaipur wyglądało to zupełnie inaczej. Pokonanie około 250 km trwało jakieś 5 godzin. Najpierw trzeba było wyjechać ze stolicy gdzie wpadliśmy na poranne korki. Na ulicach 4 pasmowych robią się jakoś magicznie 9 pasów i wszyscy się przeciskają jak tylko mogą. Mogę to porównać tylko do tłumu przechodniów, tylko, że manewrowanie autami, motorami, ciężarówkami o wiele trudniejsze od chodzenia i omijania przeszkód czy innych przechodni. Reguł gry na ulicach brak, im więcej masz odwagi tym szybciej się przebijesz przez krzyżówkę. Normalnym zachowaniem jest tu także jazda pod prąd lub cofanie na rondach. Przejechałeś zjazd? Nic nie szkodzi, zatrzymujesz sie, włączasz wsteczny i ruszasz do tyłu. Wyjeżdżasz z drogi podporządkowanej ale skrzyżowanie na którym musisz zawrócić jest za daleko? Nic nie szkodzi, wbijasz się pod prąd. Myślisz sobie, dobra...to tylko w miastach, tam ludzie wolniej jeżdżą ale nie! Na autostradzie też jest to normalne i często stosowane przez motory, samochody, krowy, wielbłądy zaprzęgnięte w wozy. 

DSCF5381
Sławne trąbienie jest tu bardzo pomocne, informuje innych o tym, że TO JA, JADE, UWAŻAJ. Zauważyłem, że mój kierowca, gdy chce zmienić pas powoli przytula się do strony i czeka na reakcje, jak nie usłyszy przeraźliwego sygnału to dalej powoli skręca, gdy usłyszy nie odbija w drugą stronę, nie, nie, po prostu przestaje skręcać i czeka na reakcje. Ciężarowe samochody, pomalowane w najróżniejsze kolory z tylu zazwyczaj mają napisy “BLOW HORN”, “PLEASE HORN”, “HORN AND WAIT ON THE SIDE”, “USE DIPPER AT NIGHT”. Kierunkowskazy praktycznie nie są używane, niektóry kierowcy, zwłaszcza wielkich samochodów czasami pokazują ręką, że chcą skręcić w prawo (a co gdy chcą w lewo? Przecież ręki im nie starczy!). Myślisz, że trąbienie to zwykłe “bip” ? No co ty... tutaj ludzie instalują sobie najróżniejsze melodyjki rozbrzmiewające dookoła Ciebie.

IMG_0646
Cała ta sytuacja nasuwa poważne pytanie. Co jest lepsze? Europejskie przestrzeganie przepisów ruchu drogowego, czy wolność i klakson indyjski? Który sposób by powodował mniejsze korki w miastach? Póki się tego nie sprawdzi chyba nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Inna sprawa to, gdzie tu jest policja drogowa, co ona robi? Czy w ogóle istnieje?



My poor English version:


I'm just sitting in one of those small small car made by TATA and i'm going from Jaipur to Agra by Indian highway. It is Sunday so there is no special traffic which make me feel better. Today driving is closer to European standard. Two days ago when i was going from Delhi to Jaipur it looked totally different. To drive 250 km last about 5 hours. First, we should drive out from town where we meet morning traffic . Streets with 4 lines by some magic power became 9 lines and everybody tried to squeeze as they only can. I can compare it to crowd passersby but car maneuvering is much much more difficult than body. There is no rules on roads, the more courage you have, the faster you go through crossroad. Normal behavior here is drive against the stream or move back on round-abound. You miss the exit? No problem, you stop, put reverse gear and move back!. You need to go back (make a U-turn) and next crossroad is too far, no problem, you can do U-turn on the road and drive again the stream! You may think, ok. I can happen in town where everybody drive slower but no no. On the highway it is also normal. You can see often motorbikes, cars, cows, camels dragging chariots     

Famous horns is very helpful here. It informs everyone IT'S ME, I'M COMING, WATCH OUT. I noticed that our driver, when he want to change line, he turn a little to the side and wait, if he haven't hear terrific horn then he continue to change line, if he hear he haven't back to his line, no, no, no, he just stop changing and wait for reaction, wait what will happen. All trucks are colored and have signs like  “BLOW HORN”, “PLEASE HORN”, “HORN AND WAIT ON THE SIDE”, “USE DIPPER AT NIGHT”. Indicators are practically not used here, some of drivers use hands to indicate that they want to turn or change line (it's ok, if their want to change to left but what if their want to change to right ? Hand will be too short)

That situations make me thinking, what is better? European road rules or freedom and horn in India? Which way generates less traffic jams. Well...if we won't check this then we never know.

Saturday, November 13, 2010

tada,tada,tada,taaada

Od New Delhi - Videos
Dla niewtajemniczonych, aby zobaczyć film należy kliknąć na zdjęcie.

English: Just in case: If you want to see movie, click on the picture.

Friday, November 12, 2010

Pierwszy raz w Indiach

Jest godzina 1:20 w nocy a ja nie mogę spać. Tak zwany jet-lag trzyma mnie w najlepsze. Postanowiłem zatem opisać mój pierwszy dzień w Indiach.
Przed wyjazdem, każdy mi mówił, “tylko nie zdradzaj nikomu, że jesteś pierwszy raz w Indiach”. Cóż. Powiem tak, nie musze tego robić, bo to widać i słychać i czuć. Pierwszego wrażenia nie jestem w stanie porównać z niczym innym w moim życiu, a uważam, że już sporo widziałem, sporo przeżyłem.
Kiedy wylądowaliśmy w nocy w stolicy państwa Indii, udaliśmy się w miejsce taksówek prepaid, gdzie wytłumaczyłem gdzie chce się dostać: Ajay hotel, ulica Main Bazar, dzielnica Pahar Ganj…. gościu w małej budce wyliczył nam jakies 400 rupi, taksiaż szybko nas wyhaczył i ruszyliśmy przez miasto. Delhi nocą ukazało się nam z….. najgorszej strony – a raczej z indyjskiej strony, ciemno, głucho, przy ulicach ludzie siedzący przy ogniach, a im głębiej w miasto tym ulice coraz węższe, coraz brudniej, gdzieniegdzie szwędające sie psy. Budynki straszyły zwisającymi kablami, rozpadającymi się ścianami…. Tabliczki z nazwami ulic? Zapomnij, Numery budynków? Chyba kpisz… 
Kierowca od razu wyczuł, że my pierwszy raz… wywiózł nas niewiadomo gdzie, conajmniej z 3 km od miejsca gdzie chcieliśmy dojechać. Przerażeni lekko, po jakimś czasie stwierdziliśmy, że trzeba szukać jakiegokolwiek miejsca do spania. Kierowca zapukał o 3 w nocy do travel agency open 24 godziny na dobę. Po 5 minutach staliśmy przed jakimś dziwnym hotelem. Sprawdziłem pokój i przystąpiłem do mojej pierwszej negocjacji ceny w Indiach… z 3300 rupi doszedłem do 1500 rupi za noc dla 2 osób….
IMG_0184
Rano, zmęczeni, koło godziny 11 wyszliśmy z naszego pokoju z oknem na jakiś składzik. (wyobraź sobie, że rano przez firanki nie dochodzi żaden promień światła, rozsuwasz firanki I widzisz widok na pomieszczenie 2m x 2m, gdzie jest jakaś drabina I miotła)… wyszliśmy z pokoju I od razu nas przyczaił jakiś hindus, który pytał, czy co chcemy robić, gdzie chcemy isc, nalegał abyśmy odwiedzili travel ofice , w którym dostaniemy mapę.

My wszystko wiemy, mamy mapę, gps ochoczo mówi gdzie jesteśmy…. śmieci po prawej udostępniają nam ochoczy smrodzik ale co tam…idziemy do travel ofice, posłuchać zawsze można co mają do powiedzenia. Otwiera nam ten sam hindus, który miał nocną zmianę I podpowiedział nam hotel w którym spaliśmy.
Czy musze im mówić, że jestem pierwszy raz w Indiach? hehe… Nie musze. To widać I słychać I czuć.
Po jakieś godzinie wychodzimy z kupioną wycieczką stworzoną specjalnie dla nas. Dostaniemy samochód wraz z kierowcą na następne 8 dni, który zaopiekuje się nami, zawiezie gdzie chcemy, dostaniemy hotele I transport z Delhi do Jaipur, Agry, Varanasi, następnie na granice Nepalską aż do Katmandu.
Cena? Specjalnie dla nas. Niższej nie znajdziemy, zgodnie z mottem “come to us as a turist, leave as a friend”.
IMG_0117

(Dla niecierpliwych tutaj zdjęcia z Delhi)

My Poor English Version:


Before my trip to India a lots of people told me "just don't tell anyone that you are first time in India", Well, what can i say, i don't have to tell this, everyone see this, everyone feel this, everyone hear this. I can't compare my first impression of India with anything else in my life, and i think i've seen a lot..

When we had landed in capital of India at deep night first we came to prepaid taxi station and ask for taxi to Ajaj hotel. I showed them paper with full address, name of hotel, street and district of town. Boy in small box told us: 400 rupis and our journey thought town has begun. Delhi shows us dirt, darkness, fire on the streets and the deeper in the town, streets became narrowed and more dirty, we has been seen homeless dogs, probably wild. Buildings intimidate us by electric cables, there was no street names, no numbers, nothing...

Cap driver from the beginning felt that we are first time in India, instead of  Hotel he drove somewhere 3km away from place that we wanted to be, frightened, we decided to find any hotel near by and wait for day light.  Our driver has stopped near some travel agency and ask some person where we can find hotel... after 5 minutes i started my first price negotiations at hotel...from 3300 rupes to 1500 for 2 person room.
  
In the morning , still in influence jet lag we came out from hotel willing to see some monuments in Delhi, "You need a map" a hearted..."no, thanks, i've got one"... "just step into travel agency, they will help you", "no...thanks"... "common, i won't pay anything".....i have went in....

Do i have to tell that we are first time in India? No... Everyone see this, everyone feel this...

After hour we went out from travel agency with bought trip to Jaipur, Agra, Varanasi to Nepal border till Kathmandu, with personal driver everyday...with booked hotels, trains and busses. Our trip special suited for us...with special price only for us in harmony with travel agency saying "come to us as a tourist, leave as a friend"

Do i have to tell that we are first time in India? No! Our trip has begun.

Wednesday, November 10, 2010

Indyjskie klimaty

Nareszcie na lotnisku w Warszawie. Niedługo wylot. Tato, z którym jadę do Indii zestresowany niesamowicie, dlatego też jestem tu 3 godziny przed naszym lotem, dlatego też przyjechaliśmy do stolicy dzień wcześniej.  Odkręcaliśmy problemy z wiza ojca, bo dostał z tylko na pojedynczy wjazd do Indii I bał się, że nie będzie mógł pojechać do Nepalu. Już we Wrocławiu miałem przeczucie, że wszystko będzie dobrze I nie musimy przyjeżdżać tak wcześnie….(wiem, to do mnie niepodobne!) ale tato ledwo żył, że stresu więc niezdrowo wcześnie rano w poniedziałek wyjechaliśmy z domu do Warszawy.

Hindus spisał się, tak jak mówił przez telefon, po pół godzinie przyszedł z….. poprawioną wizą – ręcznie dopisane “double” zamiast drukowanego single. Zobaczymy czy będą z tym problemy na granicy nepalskiej.

Z moją wiza nie było problemu. Teraz możemy powiedzieć to na pewno. W ambasadach nikt nie sprawdza żadnych papierów, a na pewno biletów lotniczych. Lekko podretuszowany bilet w jedną stronę w paintcie wystarczył im całkowicie.

IMG_0046

Inna opowieść to usługa DHLu, którą zamówiłem aby odebrała wizy z ambasady. W czasie telefonicznego zgłaszania u kuriera wyraźnie im powiedziałem, że do odebrania są dwa paszporty, dla mnie Benedytka Tymoteusza Kroplewskiego oraz ojca – Benedytka Jacka Kroplewskiego… Pan uprzejmie potwierdził, że zapisał to I chciał się już rozłączać gdy zapytałem się go czy nie spyta się mnie GDZIE ma przesłać te paszporty…”Ambasada Indyjska nam to powie”. Jasne. Już to widzę. Na wszelki wypadek podałem mu adres. Następnego dnia. Kurier pojawił się tylko z ojca paszportem.   

IMG_0043

Poor English Version:

My first post. So many to say but I will try to focus on most important issues. First step to get visa to India is to by return ticket to country – to prove Indian authorities that you will back from India. Hmm… From European point of view it is stupid, who would want to migrate to poor India from rich European countries… but I heard that it is only because European Union wants the same from Indian’s tourists. Well… I had been thinking about this, what should I do? Should I tell them truth and have a lot of difficult questions and discussions or… make a fake return ticket and say nothing about my plans. I choose easiest way…. I can say… Paint in windows can do miracles…

After while Indian embassy website showed me that my and my father visa is ready to collect. Great. I had called to DHL (courier) and made request to collect our passports from embassy. Task seems to be easy but not in our configuration because… my father as me has the same name - Benedykt. Clearly and slowly described that courier need to get 2 passports, one Benedykt Tymoteusz Kroplewski and second Benedykt Andrzej Kroplewski (different only in second name). I had got answer in from phone that all is written and set up…. but…after few days , when DHL rang to our door I saw that this task was to difficult for them. He collect only one passport. My fathers one. Even worst, when I looked inside I saw that visa exist but valid only for ONE ENTRY which mean that my father will not have ability to go with me to Nepal…..

After few calls we decides to go one day earlier to capital (when we flight out) to sorted out our problems…. After short talk with Indian supervisor he took my father’s passport and promised to fix the problem in next half hour. I have to say….I was surprised but he keep his word….Visa had “double” entry….written by hand with ambassador sign.